
— To może być ciekawy przypadek i spore wyzwanie zawodowe, przyjacielu Conway.
Melodyjne poćwierkiwania Cinrussańczyka trafiały do mikrofonu translatora, wielkiego komputera przekładającego słowa wszystkich istot w Szpitalu. Potem były przesyłane do właściwych słuchawek i dzięki temu Conway słyszał przyjaciela po angielsku, chociaż bez śladu jakiegokolwiek zabarwienia emocjonalnego. Tak jak oczekiwał, odpowiedź była uprzejma i absolutnie niekontrowersyjna.
Prilicla był owadzim, egzoszkieletowym, sześcionogim empatą wyposażonym w nie całkiem zanikłe skrzydła. Jego rasa rozwinęła się na planecie Cinruss, gdzie panowało ciążenie równe jednej ósmej ziemskiego, a atmosfera była nad wyraz gęsta. W Szpitalu zatem Prilicli niemal nieustannie groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Normalne dla większości istot panujące w większości pomieszczeń ciążenie natychmiast by go zabiło, tak więc wszędzie poza swoją kabiną musiał nosić specjalny zestaw antygrawitacyjny. Gdy z kimś rozmawiał, trzymał się z dala od jego kończyn, bo gestykulujący interlokutor mógłby mu wgnieść chitynowy pancerzyk albo złamać nogę.
Oczywiście nikt nie zamierzał robić Prilicli krzywdy, za bardzo był lubiany. Jego empatyczne zdolności sprawiały, że każdy był mu przyjacielem. Tak wrażliwa istota nie zniosłaby nieżyczliwej emanacji emocjonalnej.
Wyjątkiem były tylko sytuacje czysto zawodowe, które wystawiały niekiedy Priliclę na ból i wzburzenie. Coś takiego mogło mu właśnie grozić w najbliższych minutach.
Conway obrócił się nagle ku niemu i powiedział:
— Włóż lekki kombinezon, ale trzymaj się z dala od tej istoty, póki nie ustalę, że na pewno nie może się poruszyć, ani świadomie, ani mimowolnie. My weźmiemy ciężkie skafandry, bo mają więcej zaczepów na wyposażenie diagnostyczne. Poproszę, żeby lekarz z Torrance’a też tak się ubrał.
