Drugie w cyklu były Kłopoty z Emily. Tedowi to opowiadanie podobało się znacznie bardziej. Było o tym, jak noszący na przedramieniu miniaturowego i obdarzonego psionicznymi zdolnościami obcego Conway ma za zadanie udzielić ogólnoewolucyjnej pomocy pewnemu brontozaurowi. Pomaga mu oczywiście cały zespół Kontrolerów, wśród których jeden zdradza wyraźne zamiłowanie do twórczości sióstr Brontë.

Niemniej wciąż uważałem, że należy wyjaśnić do końca, czym właściwie jest Korpus Kontroli, przedstawiany dotąd tylko jako zbrojne ramię Federacji Galaktycznej, organizacji skupiającej ponad sześćdziesiąt inteligentnych ras, co do jednej reprezentowanych wśród personelu Szpitala. Stąd zrodziła się dość długa, bo licząca aż 21 tysięcy słów, nowela nie przypominająca niczego, co dotąd zaistniało w tym cyklu.

Korpus Kontroli był w zasadzie formacją policyjną, tyle że rozrosłą do galaktycznych rozmiarów, ale nie chciałem przedstawiać jej jako bezdusznej, kierującej się wyłącznie paragrafami machiny, chociaż ułatwiałoby to kreowanie wewnętrznych konfliktów idealistycznie nastawionego bohatera, który nie mógłby uniknąć kontaktów z prymitywnymi Kontrolerami. Pragnąłem, aby podobnie jak Conway, oni też stali się postaciami pozytywnymi, działającymi jednak na innym, szerszym polu i tym samym czyniącymi dobro na o wiele większą skalę.

Ich obowiązki objęły zwiad kosmiczny i nawiązywanie kontaktów z obcymi cywilizacjami oraz utrzymywanie pokoju w obrębie Federacji takimi metodami, aby nie było trzeba podejmować wielkich akcji policyjnych, gdyż w tych okolicznościach byłyby one praktycznie równoznaczne z wojną. Stąd też Korpus zwykł sięgać przede wszystkim po broń psychologiczną, aby zapobiegać wszelakim planetarnym i międzyplanetarnym aktom przemocy. Jeśli jednak mimo jego wysiłków dochodziło do wojny, brał pod lupę prowadzące ją istoty.



3 из 205