
— Dzięki — Cordelia czuła absurdalną radość, jakby spełnienie jej drobnego życzenia było możliwe wyłącznie dzięki magicznej sztuczce.
Vorkosigan wzruszył ramionami i powędrował w mrok na dalsze poszukiwania, ona zaś zaczęła karmić Dubauera. Podporucznik był najwyraźniej okropnie głodny, ale sam nie potrafił zaspokoić swego apetytu.
Vorkosigan wrócił w pobliże źródła.
— Znalazłem coś takiego — podał jej małą geologiczną łopatkę, długą na jakiś metr; zazwyczaj służyła ona do pobierania próbek gleby. — To marne narzędzie do twoich celów, ale na razie nie natrafiłem na nic lepszego.
— Należała do Rega. — Cordelia wzięła łopatę. — Powinna wystarczyć.
Zaprowadziła Dubauera w miejsce tuż obok zaplanowanego miejsca pochówku i posadziła go na ziemi. Zastanawiała się, czy nie przykryć go paprociami z lasu, i postanowiła, że później ich nazbiera. Zaznaczyła kształt grobu na ziemi nie opodal miejsca śmierci Rosemonta i zaczęła dziubać łopatką gęstą darń.
Vorkosigan wynurzył się z mroku.
— Znalazłem kilka zimnych świateł. — Złamał rurkę szerokości długopisu i położył ją na ziemi, skąd promieniowała niesamowitym, choć jednocześnie mocnym błękitnozielonym blaskiem. Cały czas krytycznym wzrokiem przyglądał się usiłowaniom Cordelii.
Z nową wściekłością zaatakowała darń. Wynoś się, pomyślała, i pozwól mi w spokoju pogrzebać przyjaciela. Nagle zaniepokoiła ją nowa myśl — może nie da mi skończyć? Zbyt wolno to idzie… Zaczęła pracować ze zdwojoną siłą.
— W tym tempie będziesz kopać do przyszłego tygodnia.
Gdyby poruszała się dostatecznie szybko, czy zdołałaby rąbnąć go w twarz łopatą? Choć jeden, jedyny raz…
— Idź, posiedź z tym twoim botanikiem. — Wyciągnął do niej rękę. Dopiero po chwili zrozumiała, że zaoferował pomoc.
— Och… — oddała mu łopatę. Vorkosigan wyjął wojskowy nóż, przeciął darń w zaznaczonych przez nią miejscach i zabrał się za kopanie, znacznie sprawniej niż ona.
