
— Jakie gatunki padlinożerców tu odkryliście? — spytał między kolejnymi machnięciami łopatą. — Ile to ma mieć głębokości?
— Nie jestem pewna — odparła. — Jesteśmy tutaj dopiero od trzech dni. Ale to bardzo skomplikowany ekosystem i zdaje się, że większość możliwych nisz pozostaje wypełniona.
— Hm.
— Porucznik Stuben, nasz główny zoolog, natrafił na kilka trawożernych sześcionogów. Nie żyły już i były częściowo pożarte. Raz dostrzegł przy nich coś, co nazwał puchatymi krabami.
— Duże? — zapytał z ciekawością Vorkosigan.
— Nie powiedział. Widziałam kiedyś zdjęcia ziemskich krabów. Nie wyglądały na duże — może wielkości twojej dłoni.
— Zatem metr powinien wystarczyć.
Kontynuował kopanie, wymachując mocno niezbyt odpowiednią łopatą. Jego twarz, oświetloną leżącym na ziemi zimnym światłem, pokrywały cienie, rzucane przez masywną szczękę, prosty szeroki nos i grube brwi. Cordelia zauważyła starą, ledwie widoczną bliznę w kształcie litery L po lewej stronie podbródka. W jej oczach przypominał krasnoludzkiego króla z jakiejś północnej sagi, grzebiącego w bezdennej otchłani.
— Obok namiotów jest tyczka — stwierdziła. — Mogłabym powiesić światło tak, żebyś lepiej widział.
— Z pewnością ułatwiłoby mi to pracę.
Opuściwszy krąg światła, wróciła do namiotów i znalazła tyczkę w miejscu, gdzie rzuciła ją rano. Przywiązała do niej zimne światło kilkoma mocnymi źdźbłami trawy, po czym ustawiła pręt pionowo i wbiła go w ziemię, powiększając znacznie oświetlony obszar. Przypomniawszy sobie, że zamierzała nazbierać paproci i okryć Dubauera, skierowała się w stronę lasu, nagle jednak przystanęła.
— Słyszałeś to? — zapytała Vorkosigana.
— Co? — Nawet on zaczynał już ciężko dyszeć. Przerwał kopanie, zagłębiony w ziemi po kolana, i razem zaczęli nasłuchiwać.
— Coś w rodzaju tupotu, z lasu.
Vorkosigan odczekał minutę. Wreszcie potrząsnął głową i wrócił do pracy.
