
— Ile mamy zimnych świateł?
— Sześć.
Tak mało. Nie chciała ich marnować, zapalając drugie. Zamierzała właśnie zapytać, czy nie miałby nic przeciw temu, by przez chwilę kopać w ciemności, kiedy znów usłyszała ów dźwięk, tym razem zdecydowanie wyraźniej.
— Tam coś jest.
— Od początku o tym wiemy — odparł. — Pytanie brzmi…
Nagle w krąg światła wpadły trzy stworzenia. Cordelia dostrzegła niskie, poruszające się błyskawicznie korpusy, stanowczo zbyt wiele włochatych czarnych nóg, czworo maleńkich czarnych oczu w pozbawionych szyi głowach i żółte, ostre jak brzytwy dzioby, które otwierały się i zamykały z sykiem. Zwierzęta były wielkości świni.
Vorkosigan zareagował natychmiast, wymierzając najbliższemu stworzeniu cios ostrzem łopaty prosto w głowę. Drugie zwierzę rzuciło się na ciało Rosemonta, wgryzło głęboko w jedno ramię i zaczęło odciągać trupa w ciemność. Cordelia złapała tyczkę i zamachnąwszy się, mocno dźgnęła stwora między oczy. Dziób zwierzęcia kłapnął, odgryzając kawałek aluminiowego pręta. Stworzenie syknęło i cofnęło się.
Do tej chwili Vorkosigan zdążył już dobyć noża. Błyskawicznie zaatakował trzeciego drapieżnika, wrzeszcząc, zadając niezliczone pchnięcia i kopiąc ciężkimi buciorami. Z rozoranej pazurami nogi trysnęła krew, ale Barrayarczyk bez wahania pchnął nożem. Po tym ciosie zwierzę zaskowyczało i z sykiem umknęło do lasu wraz ze swymi towarzyszami. Zyskawszy chwilę oddechu Vorkosigan wyciągnął paralizator Cordelii ze zbyt obszernej kabury porażacza — mamrotane pod nosem przekleństwa świadczyły o tym, że broń wpadła zbyt głęboko i uwięzła w środku — po czym rozejrzał się uważnie.
— Puchate kraby, co? — wydyszała Cordelia. — Stuben, uduszę cię. — Jej głos zabrzmiał piskliwie. Zacisnęła zęby.
Vorkosigan wytarł o trawę pokryte ciemną krwią ostrze, po czym schował nóż.
— Lepiej chyba, żeby grób miał co najmniej dwa metry głębokości — powiedział z powagą. — Może nawet więcej.
