
Cordelia przytaknęła i z westchnieniem umieściła nieco krótszą tyczkę na poprzednim miejscu.
— Jak twoja noga?
— Sam ją opatrzę. Ty zajmij się swoim podporucznikiem.
Dubauer, wyrwany z drzemki, znów usiłował odczołgać się na bok. Cordelia próbowała go uspokoić, najpierw jednak musiała poradzić sobie z kolejnym atakiem drgawek, po którym, ku jej uldze, mężczyzna zasnął.
Tymczasem Vorkosigan sporządził opatrunek, posługując się niewielkim zestawem pierwszej pomocy, wiszącym u pasa. Następnie powrócił do kopania, jedynie nieznacznie zwalniając tempo pracy. Kiedy zagłębił się po ramiona, zatrudnił Cordelię do wyciągania ziemi z grobu. Używała do tego opróżnionego pojemnika na okazy botaniczne. Zbliżała się północ, kiedy zawołał z ciemnego dołu:
— To już ostatni ładunek — i wygramolił się na powierzchnię. — Łukiem plazmowym mógłbym to zrobić w pięć sekund — wykrztusił, oddychając ciężko. Był brudny i mimo nocnego chłodu zlany potem. Z jaru i okolic źródła wznosiły się smużki mgły.
Razem przyciągnęli ciało Rosemonta na krawędź grobu. Vorkosigan zawahał się przez moment.
— Czy chciałabyś wziąć ubranie dla twojego podporucznika?
Była to niezwykle praktyczna propozycja. Cordelia ze wstrętem myślała o zbezczeszczonych, nagich zwłokach Rosemonta, jednocześnie jednak pożałowała, że sama nie wpadła na ten pomysł wcześniej, kiedy Dubauer dygotał z zimna. Zsunęła mundur ze sztywnego ciała z makabrycznym uczuciem, jakby rozbierała gigantyczną lalkę, po czym zepchnęła je do grobu. Trup z głuchym tąpnięciem wylądował na plecach.
— Chwileczkę! — Wyciągnęła z kieszeni munduru Rosemonta chusteczkę i wskoczyła do dołu tuż obok ciała. Starannie zakryła mu twarz. Był to drobny, nic nie znaczący gest, ale i tak poczuła się lepiej. Vorkosigan złapał ją za rękę i wciągnął na górę.
