— W porządku. — Wzięli się za zasypywanie dołu. Szło im to znacznie szybciej, niż kopanie. Najlepiej jak mogli, ubili ziemię, mocno ją udeptując.

— Czy chciałabyś odprawić jakąś ceremonię? — spytał Vorkosigan.

Cordelia potrząsnęła głową. Nie czuła się na siłach, by recytować mętną oficjalną formułę pogrzebową. Zamiast tego uklękła obok grobu i przez kilka minut odmawiała w duchu mniej może przepisową, lecz bardziej szczerą modlitwę za zmarłego członka załogi. Jej wypowiedziane w myślach słowa wzlatywały w górę i znikały w otchłani nieba, bezszelestne jak piórka.

Vorkosigan czekał cierpliwie, póki nie wstała.

— Jest już dość późno — zauważył — a przed chwilą widzieliśmy trzy przekonujące powody, dla których lepiej nie błąkać się po ciemku. Równie dobrze możemy zostać tu aż do świtu. Obejmę wartę pierwszy. Czy nadal chcesz roztrzaskać mi głowę kamieniem?

— Nie w tej chwili — odparła szczerze.

— Doskonale. Obudzę cię później.

Vorkosigan rozpoczął wartę od obchodu łąki, zabierając ze sobą zimne światło, migoczące w jego dłoni niczym schwytany świetlik. Cordelia leżała na wznak obok Dubauera. Za gęstniejącą zasłoną mgły słabo połyskiwały gwiazdy. Czy jedna z nich mogła być jej statkiem — albo Vorkosigana? Mało prawdopodobne, zważywszy dystans, na jaki bez wątpienia zdążyły się już oddalić.

Czuła się wypalona. Energia, wola, pragnienia — wszystko prześlizgiwało się jej przez palce niby świetlista ciecz i znikało wessane w głąb bezkresnej pustyni. Zerknęła na Dubauera i gwałtownie otrząsnęła się z kuszącej, jakże łatwej rozpaczy. Nadal jestem dowódcą, upomniała się ostro. Odpowiadam za innych. Wciąż mi służysz, podporuczniku, choć w tej chwili nie jesteś w stanie słuchać nawet własnego instynktu…

Myśl ta zdawała się prowadzić ku jakiemuś wielkiemu oświeceniu, jednakże ów trop rozpłynął się nagle i Cordelia zasnęła.



19 из 262