
Drumknott, sekretarz Patrycjusza, czekał przy drzwiach i szybko usadził go na miejscu przed biurkiem jego lordowskiej mości.
Po dziewięciu sekundach pracowitego pisania lord Vetinari uniósł głowę znad dokumentów.
— Ach, pan Lipwig — rzekł. — Nie w swoim złotym kostiumie?
— Jest w czyszczeniu, wasza lordowska mość.
— Mam nadzieję, że miał pan dobry dzień. To znaczy do tej chwili…
Moist rozejrzał się, sortując w pamięci ostatnie drobne kłopoty urzędu pocztowego. Jeśli nie liczyć Drumknotta, który stał przy swoim pracodawcy w postawie pełnej szacunku czujności, byli sami.
— Mogę wszystko wytłumaczyć — zapewnił Moist.
Lord Vetinari uniósł brew z czujną miną człowieka, który — znalazłszy na talerzu kawałek gąsienicy — ostrożnie podnosi resztę sałaty.
— Bardzo proszę — rzekł i usiadł wygodniej.
— Trochę nas poniosło — tłumaczył Moist. — Myśleliśmy nieco zbyt kreatywnie. Ułatwiliśmy mangustom mnożenie się w skrzynkach na listy, żeby wyeliminować węże…
Vetinari milczał.
— Ehm… które, przyznaję, sami wprowadziliśmy do skrzynek na listy, żeby zredukować liczbę ropuch…
Vetinari się powtórzył.
— Ehm… które, to fakt, nasz personel wkładał do skrzynek na listy, żeby odstraszać ślimaki…
Vetinari pozostał bezgłośny.
— Ehm… te zaś, co muszę uczciwie zaznaczyć, dostały się do skrzynek z własnej inicjatywy, aby się pożywić klejem na znaczkach — dokończył Moist świadom, że zaczyna bełkotać.
— No cóż, przynajmniej zaoszczędziły wam pracy z umieszczaniem ich tam własnoręcznie — stwierdził z satysfakcją Patrycjusz. — Jak można wnioskować, mamy do czynienia z sytuacją, gdy chłodna logika powinna ustąpić zdrowemu rozsądkowi, powiedzmy, przeciętnego kurczaka. Ale nie to jest powodem, dla którego prosiłem pana dzisiaj o przybycie.
— Jeśli chodzi o ten klej do znaczków o smaku kapusty… — zaczął Moist.
