
Istniały zatem głośne dźwięki, które były dźwiękami publicznymi, co z kolei oznaczało, że są problemem wszystkich — czyli „nie moim”. Ale ciche dźwięki rozlegały się blisko i sugerowały na przykład skradanie — były zatem pilne i osobiste.
Starał się więc nie wydawać takich cichych dźwięków.
W dole dziedziniec dyliżansów Głównego Urzędu Pocztowego brzęczał jak przewrócony ul. Obrotnica działała już całkiem sprawnie. Przybywały nocne dyliżanse, a nowy Überwaldzki Lotnik lśnił w blasku lamp. Wszystko szło, jak należy, i właśnie dlatego dla nocnego wspinacza szło nie tak, jak należy.
Wspinacz wbił klucz ścienny w miękką zaprawę, przeniósł ciężar ciała, przesunął sto…
Przeklęty gołąb! Zatrzepotał w panice, a wtedy druga stopa ześliznęła się, palce straciły chwyt na rynnie… Kiedy świat przestał wirować, odsunięcie spotkania z dalekim brukiem wspinacz zawdzięczał jedynie ściskanemu kluczowi ściennemu, który, tak naprawdę, był zwykłym płaskim gwoździem z poprzecznym uchwytem.
Ściany nie da się oszukać, myślał wspinacz. Jeśli się zakołyszę, może zdołam sięgnąć dłonią i stopą do rynny. Albo klucz wysunie się z muru.
No… dobra…
Miał więcej kluczy i mały młotek. Czy uda się wbić jeden tak, by nie wypuszczać drugiego?
Nad nim gołąb dołączył do swoich kolegów na wyższym parapecie.
Wspinacz wcisnął klucz w zaprawę, wyjął młotek z kieszeni, a kiedy Lotnik ruszył, turkocząc i skrzypiąc, jednym potężnym ciosem uderzył. I zaraz upuścił młotek w nadziei, że ogólny gwar zamaskuje odgłos upadku. Sięgnął do nowego uchwytu, jeszcze zanim młotek dotarł do ziemi.
No… dobra. A teraz… utknąłem?
Od rynny dzieliły go niecałe trzy stopy. Świetnie. Powinno się udać. Przenieść obie dłonie na nowy uchwyt, rozhuśtać się ostrożnie, złapać rynnę lewą ręką… i powinienen się przeciągnąć nad przepaścią. Potem to zwykła…
Gołąb był nerwowy. Dla gołębi to podstawowy stan istnienia. I tę właśnie chwilę wybrał, by sobie ulżyć.
