
No… dobra. Poprawka: teraz obie dłonie ściskają bardzo śliski gwóźdź.
Niech to…
Wtedy, ponieważ nerwowość przebiega między gołębiami szybciej niż golas przez klasztor, zaczął spadać lepki deszcz.
Są takie chwile, kiedy w głowie pojawia się myśl: „Gorzej już być nie może”… I wtedy z dołu dobiegło wołanie:
— Kto tam jest?!
Dzięki ci, młotku. Ale prawdopodobnie mnie nie widzą, myślał. Ludzie patrzą z dobrze oświetlonego dziedzińca, ich nocne widzenie jest w strzępach. Tylko co z tego? Wiedzą, że tu jestem.
No… dobra.
— W porząsiu, szefuniu, zaliczyłem wpadkę! — krzyknął.
— Złodziej, co? — nadpłynęło pytanie z dołu.
— Niczego nie tknąłem, szefuniu. Ale przydałaby mi się pomoc, szefuniu.
— Jesteś z Gildii Złodziei? Gadasz jak oni…
— Nie ja, szefuniu. Zawsze mówię do ludzi: szefuniu, szefuniu.
Niełatwo byłoby spojrzeć w dół, ale dochodzące odgłosy sugerowały, że podchodzą stajenni i woźnice. To raczej nie pomoże. Woźnice większość złodziei spotykali na pustych traktach, gdzie zbóje rzadko tracili czas na dobre dla mięczaków propozycje w stylu „Pieniądze albo życie”. Kiedy więc któregoś złapali, radośnie łączyli zemstę ze sprawiedliwością za pomocą poręcznego kawałka ołowianej rury.
W dole zabrzmiały jakieś pomruki i najwyraźniej osiągnięto porozumienie.
— Zrobimy tak, panie Okradaczu Poczty! — zahuczał przyjazny głos. — Zaraz wejdziemy do budynku, jasne, i opuścimy ci linę. Lepiej się chyba nie da, co?
— Pewno, szefuniu.
Był to nieodpowiedni przyjazny ton. Był tak przyjazny, jak słowo „koleś” w zdaniu „Na mnie patrzysz, koleś?”. Gildia Złodziei płaciła dwadzieścia dolarów nagrody za żywego nieakredytowanego złodzieja. A istniało… och, jak wiele sposobów pozostawania żywym, kiedy zawloką tam człowieka i wyleją go na podłogę.
