Drugie piętro winda przeskoczyła bez przystanku, a między pierwszym i parterem stanęła. Po co nią pojechałem, przecież są normalne kuchenne schody… Westchnąłem i rozejrzałem się — jeśli ktoś tu był, to dobrze zamaskowany — i łamiąc drugi punkt przepisów korzystania z windy, wyszedłem przez ścianę.

Parter był przyjemny. Mocno pachniały zielone jabłka i iglaste lasy, wywołując z pamięci, nie wiadomo dlaczego, popularne bułgarskie szampony. Obok mnie przemknęła ładniutka dziewczyna, posłała mi przelotny uśmiech. Uśmiechała się do wszystkich, nawet do kadawrów. To była jej specjalność; jak i pozostałe ładniutkie dziewczyny pracowała w dziale Liniowego Szczęścia.

Witając się po drodze z fajnymi chłopakami z poddziału kondensacji wesołego dobrodusznego śmiechu, zbliżałem się do maszynowni. Droga nie była łatwa. Zacznijmy od tego, że dział Liniowego Szczęścia zajmował cały parter. Nie było na nim po prostu miejsca na maszynownię. Ale jeśli najpierw zeszło się do piwnicy, a dopiero potem wspięło na parter, to można było trafić do maszynowni zapewniającej energię całemu instytutowi. Jak to się działo, było dla mnie taką samą tajemnicą, jak i ogromne wewnętrzne rozmiary budynku NICZNIEM-u, malutkiego i niepozornego z zewnątrz.

Dzisiaj nie miałem szczęścia. Trzy razy potknąłem się, ale nauczony gorzkim doświadczeniem nie upadłem. Wytrzymałem długą rozmowę z Edikiem Amperianem, który na gwałt musiał się z kimś podzielić swoim powodzeniem — za pomocą Gadacza doszedł do wstrząsających wyników w sprawie sublimacji uniwersalnego uśmierzyciela smutku. Jaką rolę w tym procesie odegrał Karaluch Gadacz, nie zrozumiałem — zbyt specyficznej terminologii używał Edik. Ale ucieszył mnie jego sukces, poczułem się, jakbym sam się nałykał uśmierzyciela. Obiecałem Amperianowi, że poza kolejką przeprowadzę dla niego obliczenie sprawności środka i przekazałem go przechodzącemu obok dubletowi Ojry-Ojry z surowym poleceniem: odprowadzić Edka do domu i ułożyć do łóżka — po czym już bez przeszkód dotarłem do maszynowni.



10 из 529