
Przy drzwiach stał Korniejew. Twarz miał kamienną.
— Witka, co się stało? — zapytałem z ulgą. — Po co taki pośpiech?
— Priwałow, wejdź, proszę, do środka — bezbarwnie wyrzekł Witka.
Zrozumiałem, że to nie Korniejew, lecz jego dublet zaprogramowany tylko na jedno — wpuścić mnie do środka i stanąć na drodze wszystkim innym. Zacząłem się bać. Odepchnąłem dubleta, który niezręcznie machnął rękami, pchnąłem ciężkie drzwi i wpadłem do maszynowni.
Witka siedział na Kole Fortuny, którego obroty dawały prąd instytutowi. Na mój widok spojrzał na zegarek i oświadczył:
— Kiedy postanowię umrzeć, ciebie poślę po śmierć. Dziewięć minut szedłeś, mag-gister.
Przywykłem już do jego szyderstw. Zignorowałem „mag-gistra” — Korniejew świetnie wiedział, że do tej pory jestem tylko „uczniem czarodzieja” — i rozejrzałem się.
Maszynownia sprawiała dziwne wrażenie. Najpierw z powodu ciemności zauważyłem tylko Witkę świecącego dziwnym bladozielonym światłem — doświadczonym czarodziejom to się zdarza w chwili dużego magicznego wyczerpania — i dopiero teraz ogarnąłem spojrzeniem wszystko.
Między ogromnymi transformatorami zamarły dziwne ciemnoszare posągi przedstawiające biesy. Po chwili zrozumiałem, że są to biesy z personelu. Ktoś, a byłem pewien na sto dwadzieścia procent, że to Witka, rzucił na nie zaklęcie skamienienia. Natomiast wzdłuż Koła Fortuny, podobnego do błyszczącej taśmy wysuwającej się z jednej ściany i wsuwającej w drugą, zamarły dublety Witki — nieruchome i niemal niewidoczne. Miały jedną dziwaczną cechę — każdy następny był nieco mniejszy od poprzedniego. Te ostatnie, które można było jeszcze zobaczyć, wyglądały po prostu jak plamy na cementowej podłodze, ale opanowało mnie straszliwe podejrzenie, że nie były ostatnimi w tym dzikim szeregu.
