
Chochlik przyjrzał mi się uważnie i powiedział:
— Udany. Bardzo udany dublet. W końcu się nasz Priwałow nauczył…
Osłupiałem. Chochlik wziął mnie za mojego dubleta! Hańba! Czyżbym zaczynał przypominać dubletopodobnych pracowników?
— Nie ganiaj tak po korytarzach — pouczał mnie tymczasem chochlik. — Priwałow… tego, nie ma doświadczenia. Przez ściany widzi kiepsko, przy nim musisz biegać, żeby się cieszył, że się starasz, i jak wracasz, dodawaj gazu… Cicho!
Obok nas przemaszerował bakałarz czarnej magii, Magnus Fiodorowicz Redkin. Miał na sobie wytarte na kolanach dżinsy niewidki, w chwili obecnej włączone na pół mocy. Magnus Fiodorowicz wyglądał przez to mgliście i półprzezroczyście, jak niewidzialny człowiek, który wpadł pod deszcz. Nie zaszczycił mnie i chochlika nawet jednym spojrzeniem. Czyżby też uważał mnie za dubleta? Dlaczego? Dopiero gdy Redkin zniknął w drzwiach windy — nawiasem mówiąc przeze mnie wywołanej — zrozumiałem. Ani jeden pracownik instytutu nie potknie się o gapowatego chochlika. Do tego jest zdolny tylko dublet. W głowie mi się rozjaśniło. Żeby mieć całkowitą gwarancję, pogmerałem w uchu, ale nie trafiłem na ślady sierści. Trzeba było podnieść się i pędzić do Korniejewa.
— Nie pękaj — nieoczekiwanie powiedział chochlik. — Nie zauważył, że rozmawialiśmy. Dobra, pędź, bo się Priwałow zaniepokoi. Jakby co, wpadnij do piątych koszar, zapytaj o Kieszę. Wiesz, gdzie są koszary? Za gabinetem Kamnojedo-wa. Na razie…
Chochlik zafundował mi ciepłą włochatą grabę i zniknął w szczelinie między klepkami. Ja natomiast, wpatrując się pod nogi, powlokłem się do windy.
Tym razem musiałem dusić przycisk chyba z pięć minut, zanim winda raczyła przybyć na wezwanie. Smyrgnąłem przez drzwi i z ulgą skierowałem windę w dół.
