
Plan powiódł się tylko częściowo. W chwili kiedy Koło Fortuny się zatrzymywało, laborantka w dziale Uniwersalnych Przekształceń wypuściła z rąk umklajder, numer inwentarzowy 1123. Wynik tego równał się katastrofie — woda zaczęła przekształcać się nie w żywą i nawet nie w martwą, lecz w destylowaną. Niby nic strasznego się nie stało, póki proces nie sięgnął mórz i oceanów. Najgorsze, że nadal się posuwał, ponieważ Koło Fortuny stało.
W tym momencie życie ludzi radykalnie się zmieniło. Dla mnie, jak i dla Korniejewa i jeszcze mniej więcej połowy ludzkości, zaczęło się nie kończące się pasmo pecha. Edik Amperian i inni farciarze dostali się natomiast w pasmo nie kończącego się powodzenia. Nie kończącego się!
Aż przymknąłem oczy, uświadomiwszy to sobie. Wyobraziłem sobie, jak Amperian serwuje mi swój uśmierzyciel smutku… i to działa, jestem szczęśliwy, choć fartu nadal nie mam. Ałdan się psuje, a ja jestem zadowolony. Witkowi nie wychodzi najprostsza transformacja — a on też jest happy. Dlatego że Edik wynalazł… A co się uczepiłem Edika! Ludzkość od tej chwili dzieli się na dwie kategorie — szczęściarzy i pechowców.
Wyobraziwszy sobie, jak „szczęściarze” poklepują mnie współczująco po plecach, nie wytrzymałem i wrzasnąłem:
— Korniejew, uruchamiaj Koło! Natychmiast!!!
— Nie mogę — ponuro odparł Korniejew. — Bierzesz mnie za durnia czy co? Sam wiem, że trzeba uruchamiać, póki magistrzy się nie dowiedzieli. Hańba na całe życie…
Ostatnie słowa wyrzucił z siebie marzycielskim tonem, jakby sycąc się perspektywą hańby.
— Dlaczego nie możesz? — Poprawiłem okulary i oszołomiony przyjrzałem się nie kończącemu się szeregowi dubletów. — Każ im popychać Koło z tą samą nieskończoną siłą… żeby ją diabli!
