Jeden ze stojących w pobliżu posągów z lekka się poruszył. Witka smagnął go groźnym spojrzeniem i czart ponownie skamieniał.

— Oczu nie masz, co? Całowite ślepy? — zapytał Korniejew, okraszając właściwym sobie chamstwem udawaną gruzińską mowę. — Obręcz pękła, nie widzisz?

Podszedłem do Koła i przekonałem się, że dwumetrowej szerokości taśma rzeczywiście podzielona jest cienką szczeliną. Krawędzie pęknięcia drżały niczym końce stalowej sprężyny.

— A złączyć się nie da? — zapytałem szeptem. — Przecież… tego… umiesz. Pamiętasz, jak mi dychę skleiłeś?

Witka smutno skinął głową i dokończył swoją smutną opowieść.

Okazało się, że kiedy Koło Fortuny zatrzymało się, natychmiast pękło. Końce obręczy zaczęły drżeć, miotać się po sali, roztrącając dublety i przekręcając się na wszystkie strony. Kiedy w końcu rozdygotane dublety oraz wystraszony i dlatego jeszcze bardziej chamski Korniejew chwycili końce, to nie dało się określić, gdzie jest prawa, a gdzie lewa strona, gdzie góra, a gdzie dół. Korniejew jako tako złączył końce porwanej obręczy, ale nie miał pewności, czy zrobił to właściwie.

— A jak zrobiłem z niego wstęgę Mobiusa? — zapytał ponuro. — Co z tego wyniknie?

Wzruszyłem ramionami. Korniejew, podskakując na obręczy i jeszcze mocniej świecąc, zaczął

rozważać:

— Może każdy nasz fart przekształci się w pecha. I odwrotnie. Albo szczęście i pech złączą się w jedno…

Podniecony odchylił się do tyłu i fiknąwszy kozła przez obręcz Koła, spadł na ziemię.

— Wiesz co, Witka? — powiedziałem, siadając na wszelki wypadek na podłodze. — Lepsze szczęście scalone z pechem niż całkowity pech.

— Pech — ponuro powtórzył Korniejew, pocierając czubek głowy. — Trzeba coś z tym zrobić…

— A ja po co ci jestem potrzebny? Mam obliczyć szanse prawidłowego połączenia obręczy? Mogę ci podać wynik bez angażowania Ałdana. Pół na pół.



14 из 529