
— Rozumiem — nieoczekiwanie spokojnie przyznał Korniejew. — Ale nie mogę teraz sam decydować, czy właściwie połączyłem Koło! Przecież teraz jestem pechowcem, na pewno się sypnę!
— A ja co, jestem szczęściarzem? Moja rada ci nie pomoże!
— Zaczynasz kapować.
Pomilczeliśmy chwilę, wpatrując się w nieruchome Koło Fortuny. Boziu, co się porobiło! Co się teraz z ludźmi dzieje! Są, oczywiście, i farciarze…
— Witka! — Zacząłem rozumieć. — Trzeba zapytać człowieka, który ma szczęście! Taki się nie pomyli!
— A kto ma szczęście? — tępo zapytał Korniejew. Czasami był sobą.
— Amperian. Wiem, że wysublimował uniwersalny uśmie-rzacz smutku.
— Zaraz go zapytamy — powiedział ożywiony nagle Korniejew i chwycił z powietrza słuchawkę. Rozległy się długie sygnały.
— Amperian jest w domu, wysłałem go spać — pośpiesznie podpowiedziałem. Witka machnął na mnie ręką: nieważne.
Ktoś podniósł słuchawkę.
— Edik! — grzmiącym głosem ryknął Korniejew. — Wybacz, że cię obudziłem, to Saszka, głąb jeden, mnie namówił. Powiedz mi tylko jedno i odkładaj słuchawkę. Dobrze połączyłem?
— Nie — burknął Amperian cudzym, rozespanym głosem i rozłączył się.
Witka niedbałym ruchem rozpuścił w powietrzu słuchawkę i radośnie się uśmiechnął.
— Widzisz, Priwałow, udało się! Ty też miewasz olśnienia! Niedbale chwycił jeden brzeg pękniętej obręczy i bez widocznego wysiłku odwrócił go o sto osiemdziesiąt stopni.
Ciekawe, czy w odpowiednią stronę?
— Korniejew… — zacząłem niepewnie, ale Witka nie zareagował. Facet był zwolennikiem podziału pracy na umysłową i fizyczną, tak więc kiedy pracował, myślał mało, a na bodźce zewnętrzne nie odpowiadał.
Wykonał dwa pasy, bez żadnych tam dyletanckich zaklęć, nawet nie zerknąwszy do Kieszonkowego astrologicznego rocznika AN i odtworzył całe Koło Fortuny. Potem obrzucił spojrzeniem nieskończoną, a dokładniej — dwustronnie nieskończoną czeredę dubletów i głośno polecił:
