
— I raa! Zem!
Dziwne jak nie wiem co, ale dublety ten dziwny rozkaz zrozumiały. I nawet pchnęły w jedną i tę samą stronę. Koło zaskrzypiało i zaczęło się kręcić. Co prawda chyba szybciej niż wcześniej. Wyjąłem fajki z kieszeni, zapaliłem… Papieros mi wypadł, ale tuż nad podłogą go złapałem. Wsadziłem do ust, ale zapalonym końcem. Na szczęście zorientowałem się i odwróciłem filtrem do warg. Papieros zdążył już zgasnąć.
— Korniejew — wyszeptałem błagalnie. — Przyhamuj je! Coś za szybko się kręci, fart za pechem…
Papieros zapalił się sam. Rzuciłem go na podłogę i zadeptałem — jeszcze wybuchnie…
Witka z dubletami rzucił się na Koło i zaczął je przyhamowywać.
— Zerknij na pulpit, Priwałow! — polecił Korniejew. — Tam jest tachometr. Strzałka powinna być na zielonym polu.
Podszedłem do pulpitu, z niejakim trudem znalazłem tachometr, bez wątpienia przerobiony z prędkościomierza ziła. Zauważyłem, że strzałka dochodzi do zielonego pola, i machnąłem do Korniejewa: „Stop”.
Koło wirowało, bucząc cicho Korniejew otarł pot z czoła, potem skinął głową na dublety, a te posłusznie się zdematerializowały.
— Wszystko w porządku, Saszka? — zapytał Korniejew. Rozejrzałem się podejrzliwie. Zamknąłem oczy i podskoczyłem na jednej nodze. Nie upadłem.
— W porządku — oświadczyłem z ulgą. — To co, pójdę popracować?
— Spadaj, spadaj! — radośnie wrzasnął Witka. — Jeszcze muszę odklinać biesy, zamawiać im pamięć. Dobrze jakbyś się pod nogami nie kręcił…
Westchnąłem i wyszedłem z maszynowni, ale wcześniej zemściłem się, rzucając do Korniejewa:
— Byłoby dziwne, gdyby żaden z magistrów nie dowiedział się o twoich sztuczkach.
Zostawiwszy Witkę, żeby porozmyślał nad tym optymistycznym komunikatem, poszedłem do siebie, do ośrodka obliczeniowego. Fortuna wyraźnie mi sprzyjała, nie potykałem się, nie wpadałem na idących z naprzeciwka, uprzejmie przywitałem się z Kiwrinem, pożyczyłem liczącemu coś na korytarzu Amperianowi swój suwak logarytmiczny, przywołałem windę…
