
Pod drzwiami ośrodka obliczeniowego grzecznie siedział dublet Wołodii Poczkina. Na razie nikogo więcej nie było.
— Powiedz Wołodii, żeby sam przyszedł — burknąłem do du-bleta. Korniejew zawsze tak na mnie wpływa. — Już tydzień jest mi winien piątkę.
Dublet podniósł na mnie przerażony wzrok i wyszeptał:
— Nie jestem dubletem. Jestem Wołocha. Mogę pokazać przepustkę, ze zdjęciem i pieczątką. A piątkę przyniosę po obiedzie…
Gołym okiem było widać, że bawół Poczkin znajduje się w stanie niemal szoku. Złapałem się za głowę. Potem złapałem za ramiona Wołodię, wciągnąłem do sali, zacząłem poić herbatą i karmić kanapkami — prawdziwymi, z bufetu, a nie przyrządzonymi za pomocą magii. Przy okazji obiecałem, że zrobię dzisiaj wszystkie obliczenia, które leżały u mnie od tygodnia, i że wieczorem zabiorę się do pisania programu do innych prac.
Wołodia wolno dochodził do siebie. Widać jeszcze nikt i nigdy nie wziął go za dubleta, stąd te nerwy.
— A napiszesz artykuł do gazetki ściennej? — zapytał nieoczekiwanie, niewątpliwie przywrócony do życia.
— Napiszę, napiszę! — obiecałem mu z radością. — O Brutusie?
— A narozrabiał?
— Nie wiem. Tak się jakoś przyjęło…
— Nie. O nowych plakatach ze stołówki.
— O jakich plakatach?
W oczach Poczkina rozbłysły gwiazdy.
— Nie widziałeś jeszcze? Idź popatrzeć — zaproponował podstępnie. — Pójdziesz na obiad, to się przyjrzyj.
Obiecałem, że pójdę do stołówki i popatrzę. Potem poskarżyłem mu się, jaki to był straszny dzień: najpierw wzięto mnie za dubleta, potem dubleta Witki wziąłem za Witkę, a w końcu Wołodię za dubleta… Korciło mnie, żeby opowiedzieć też o Korniejewie i Kole Fortuny, ale zdławiłem pokusę.
Poczkin z wdzięczności podniósł mnie na duchu opowieścią o tym, jak nasi chłopcy z instytutu po kolei pryskali z zorganizowanej przez komitet miejski akademii z okazji trzechsetnej rocznicy wynalezienia magicznej pałeczki, zostawiając zamiast siebie dublety. Pod koniec w ogromnej sali, gdzie odbywała się akademia, nie było ani jednego człowieka: tylko setka niedbale zaprogramowanych dubletów. Kiedy wreszcie magistrzy i uczniowie zrozumieli, co się stało, minęły już trzy godziny od chwili, kiedy dublety zostały bez nadzoru. Poszedł do nich Fiodor Simeonowicz.
