
Usiadłszy pod słowem „trzaskajcie”, zanim posłuchałem rady i zacząłem trzaskać, łyknąłem kefiru — okazał się wczorajszy albo jeszcze gorzej. Potem przypomniałem sobie słowa Poczkina i rozejrzałem się po ścianach.
Pierwszy plakat znajdował się na ścianie na wprost mnie. Głosił:
Palec w solniczce?! Stop!
Nie bądź taka paskuda!
Skąd mamy wiedzieć, gdzie mogłeś wcześniej nim dłubać?
Zakrztusiłem się kefirem i przetarłem okulary. Plakat się nie zmienił. Zwyczajny, starannie namalowany plakat. Pod nim siedziały zwyczajne, staranne dziewczyny z działu Uniwersalnych Przekształceń. Jadły barszcz, obficie dodając doń sól, i zupełnie nie przejmowały się koniecznością zanurzania palców w solniczce.
Ogarnął mnie zapał tropiciela. Pochyliwszy się nad talerzem, z roztargnieniem nanizując na aluminiowy widelec kawałki cebuli, wątróbki i pojedyncze makarony, rozglądałem się na boki.
Nad kasą odkryłem cudowny, genialnie zrymowany plakat dotykający odwiecznego tematu: ludzie i chleb.
Mój znajomy, pewien Gleb Wszędzie rozrzuca chleb. Nie wie chyba ów Gleb, Jak niełatwo jest upiec chleb.
Sprawdziłem w głowie wszystkich znajomych i uspokoiłem się. Zapewne nie chodziło o jakiegoś konkretnego Gleba z NICZNIEM-u, lecz o jakiegoś abstrakcyjnego nicponia. Koniuszkiem widelca nabrałem szarawej soli, posypałem nią makaron i szybciutko dokończyłem posiłek. Popiłem kefirem i poszedłem do wyjścia. Na drzwiach czyhał na mnie trzeci plakat.
Czyś się najadł? Odpowiedz, nie zwlekaj! Po co pytam, wszak to widać z daleka!
