
Praca wrzała. Na piętrze dziesiątka laborantów wlokła prawdziwy kloc drewna, na podobieństwo mrówek taszczących zapałkę. Sekundę wahałem się, jak im pomóc, zastanawiałem się, jak wykręcą tym klocem w wąskie drzwi i na cholerę im to drewno, ale laboranci byli tak hałaśliwi i energiczni, że nie zaryzykowałem wtrącania się i poszedłem do siebie na trzecie piętro.
Chwilę nasłuchiwałem pod drzwiami ośrodka obliczeniowego, potem energicznie wszedłem.
Dziwne czy nie — wszystko było w porządku. Pierwszy dublet siedział przy biurku i pisał coś na papierze, drugi, wisząc nad nim, burczał:
— Przecinek, w złym miejscu postawiłeś przecinek… Podszedłem i zerknąłem. Dublet, pełen wiary we własne siły, sprawdzał mój program. Przecinek rzeczywiście znajdował się nie tam, gdzie trzeba. Pierwszy dublet zerknął na mnie i szybko poprawił błąd.
— Pracować, pracować — rozkazałem surowo, kierując się do Ałdana.
Komputer pracował na całego. Buczały ferrytowe nośniki, trzaskały przełączniki, mrugały do siebie lampki. Pogroziłem dubletom palcem i wyszedłem.
Bałaganiarz Witka na pewno zapomni o cemencie do naprawy ściany. Należało pomyśleć o tym samemu, a jutro zmusić Korniejewa do pracoterapii. Uśmiechnąwszy się złośliwie do siebie, skierowałem się na czwarte piętro i podszedłem do gabinetu Kamnojedowa.
Gabinet był rzecz jasna zamknięty, ochraniały go srogie ifryty. Modest Matwiejewicz zawsze przestrzegał dyscypliny pracy…
Szybciuteńko przemknąłem obok strażników i skręciłem w mały ciemny korytarzyk. Prowadził on do koszar chochlików, gdzie zawsze można było zdobyć trochę wapna, gwoździ czy baskwile. Chochliki to istoty absurdalnie oszczędne i wszyscy pracownicy szukający jakichś drobiazgów udawali się właśnie do nich. Drzwi prowadzące do koszar były zamaskowane obrazem przedstawiającym drewniany domek na skraju pszenicznego łanu. Chochliki najprawdopodobniej były skłonne do nostalgii — obraz, jeśli wierzyć plotkom, namalował któryś z nich. Zastukałem palcem w namalowany domek, próbując trafić w tycie drzwi. Obraz płynnie się odwrócił, wpuszczając mnie do koszar.
