Było tu ciemno i cicho. Nawiasem mówiąc, cisza wydawała się nienaturalna, jak gdyby przed chwilą panował tu rozgardiasz i wesołość, a pozostały po nich tylko szmery po kątach. Otworzyłem usta, zamierzając ryknąć na dyżurnego, kiedy z ciemności ktoś do mnie podskoczył.

— O, kogo tu mamy…

Oniemiałem od takiego protekcjonalnego tonu, obejrzałem się i zobaczyłem chochlika. Znajomego z porannego upadku…

— Dalej, nie szczyp się, wchodź! — Chochlik mocno złapał mnie za rękaw i krzyknął: — Chłopy, to swój!

Natychmiast gdzieś w głębinach koszar błysnęło światło i chochlik pociągnął mnie tam, po cichu radząc:

— Nic to, nie pękaj. Bądź spokojny, nie odzywaj się nie pytany, ale jakby ktoś z ciebie podśmiechujki robił, to trzymaj fason.

— E… Kiesza… — odpowiedziałem, z trudem przypomniawszy sobie imię chochlika. — Potrzebuję trochę cementu.

— Spoko-Maroko! — Chochlik zamachał włochatą łapką. — Nie roztopi się twój Priwałow, przecież nie jest z cukru. Posiedź z nami trochę.

Minęliśmy dwupiętrowe żelazne prycze i przedostaliśmy się do środka koszar, gdzie wznosił się najprawdziwszy rosyjski piec. Dokoła niego siedziało ze dwadzieścia chochlików, które gapiły się na mnie podejrzliwie. Na widok takiego lekceważenia przepisów przeciwpożarowych zdobyłem się tylko na pokręcenie głową, ale uznałem, że chochliki na piecach się znają.

— To swój, Giena, to swój! — oświadczył Kiesza. — Priwałowski dublet, poznaliśmy się rano!

— Brat łata z ciebie, Innokienty — poważnie odpowiedział jeden z chochlików, który leżał przy samym ogniu i bosą stopą przewracał węgle. — Wszystkich do nas ciągniesz. Odprowadziłbyś dubleta, gdzie należy.



28 из 529