
Ałdan znowu się zawiesił.
Wyłączywszy maszynę z prądu, wyszedłem z laboratorium. Ech, Korniejew! Nawet do Ałdana wlazł! „Bądź człowie…”
Stanąłem jak wryty. Jeśli grubianin Korniejew prosi o pomoc — znaczy spawa jest poważna! Wdusiłem telepatycznie przycisk windy i ruszyłem korytarzem.
Młodziutkiego chochlika ponuro czyszczącego parkiet szczoteczką do zębów nie zauważyłem, dopóki się o niego nie potknąłem. Wyszorowany parkiet runął mi na spotkanie, w rozpaczy spróbowałem lewitacji, ale w pośpiechu pomyliłem kierunki. Kiedy wreszcie odzyskałem przytomność, miałem na czole archetyp guza, a zaklęcie lewitacji uparcie przyciskało mnie do parkietu, próbując przenieść moje ciało do centrum Ziemi. Gdybym się pomylił na ulicy, tak by się pewnie i stało, ale w instytucie, na całe szczęście, i podłogi, i ściany, i sufity były zauroczone przez doświadczonych magów i nie ulegały moim dyletanckim próbom. Przeżegnałem się, bo to odczyniało działanie zaklęcia, przykucnąłem i potarłem czoło.
Chochlik, z początku wbity w kąt, nabrał odwagi i podszedł do mnie. Miał na sobie przydługie bawełniane spodnie ponurej burozielonej barwy. Szeroki rzemień z dermy zjechał w dół. Mosiężne guziki nie wyczyszczone, jeden zwisał na nitce.
— Żyjesz? — zapytał chochlik, pociągając nosem i wycierając go rękawem.
— Żyję — odpowiedziałem odruchowo, nie zwracając uwagi na poufały ton chochlika. A ten dobrodusznie uśmiechnął się i dodał:
— Dublet.
— Jaki dublet? — zapytałem, opamiętawszy się. Sytuacja stawała się coraz ciekawsza. Chochliki słynęły z tego, że były istotami nieśmiałymi, zahukanymi, i rozmawiały niechętnie. Tylko najstarsze i najodważniejsze z nich, jak na przykład służący Christobala Josewicza, były zdolne czasami do przemyślanego, choć niespójnego dialogu.
