Vikary zerknął na niego, nakazując mu milczeć ostrym cięciem prawej dłoni.

— Możesz nas uważać za spóźnionych turystów — oznajmił Dirkowi. — Badamy ten świat, wędrujemy po nim, włóczymy się po lasach i wymarłych miastach w poszukiwaniu rozrywki. Łapalibyśmy banshee w klatki, żeby wysyłać je z powrotem na Dumny Kavalaan, ale, niestety, nie udało nam się żadnych znaleźć. — Wstał, dopijając resztę piwa. — Dzień upływa, a my tu siedzimy — dodał, odstawiając naczynie na stół. — Jeśli chcesz się wybrać na pustkowia, to powinieneś się pośpieszyć. Potrzeba trochę czasu, żeby przelecieć nad górami, nawet autolotem, a nie jest rozsądnie zostawać tam po zmierzchu.

— Słucham?

Dirk również dopił piwo i otarł usta grzbietem dłoni. Na kavalarskim stole najwyraźniej nie gościły serwetki.

— Banshee nigdy nie były jedynymi drapieżnikami na Worlornie — wyjaśnił Vikary. — W lesie można spotkać łowców i zabójców z czternastu światów. Ale to jeszcze drobiazg. Najgorsi są ludzie. Worlorn jest dziś pustym, otwartym światem, a jego cienie i pustkowia wypełniają niezwykłe rzeczy.

— Lepiej byłoby, gdybyście zabrali broń — stwierdził Janacek. — A jeszcze lepiej, gdybyśmy towarzyszyli wam z Jaanem. Chodzi o wasze bezpieczeństwo.

Vikary jednak potrząsnął głową.

— Nie, Garse. Muszą pobyć tylko we dwoje, żeby porozmawiać. Tak będzie lepiej, rozumiesz? To moje życzenie.

Zebrał ze stołu talerze i ruszył z nimi do kuchni. Przy drzwiach zatrzymał się jednak i obejrzał przez ramię, spoglądając przelotnie w oczy Dirka.

Ten przypomniał sobie słowa, które usłyszał od Jaana na dachu.



32 из 361