
Gwen podążyła za nim na swym ślizgu. Wspinała się pod wiatr ze zręcznością zrodzoną z długiej wprawy, niczym jakiś dżinn ze światów zewnętrznych, lecący na strzępku srebrzystego dywanu. Gdy dogoniła Dirka, zdołał już zapanować nad sterownikiem na tyle, by się wyprostować, choć nadal kołysał się gwałtownie w przód i w tył, rozpaczliwie usiłując zachować równowagę. W przeciwieństwie do autolotów powietrzne ślizgi nie miały żyroskopów.
— Juhuuuu! — krzyknął, gdy była już blisko. Roześmiana Gwen dopadła go i trzepnęła zdrowo w plecy. To wystarczyło, by znowu stracił równowagę i pomknął pod niebem Larteynu, kręcąc szaleńcze fikołki.
Gwen krzyknęła coś do niego. Dirk zamrugał i zauważył, że zmierza prosto ku wysokiej, czarnej jak heban wieży. Nacisnął przycisk sterownika i pomknął pionowo w górę, nadal usiłując utrzymać równowagę.
Gdy wreszcie go dogoniła, był już wysoko nad miastem i stał wyprostowany.
— Nie zbliżaj się — ostrzegł ją z szerokim uśmiechem. Czuł się głupi i niezgrabny, lecz zarazem pełen radości. — Jeśli jeszcze raz mnie przewrócisz, polecę po latający czołg i strącę cię z nieba laserem, kobieto!
Pochylił się w bok, przesadził z kompensacją i przegiął się gwałtownie w drugą stronę, krzycząc wniebogłosy.
— Jesteś pijany! — zawołała Gwen, przekrzykując głośny wicher. — Za dużo piwa na śniadanie.
Leciała teraz nad nim, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Przyglądała się jego wysiłkom z drwiącą dezaprobatą.
— Te ślizgi chyba są znacznie stabilniejsze, jeśli zwisa się z nich głową w dół — stwierdził Dirk. Wreszcie udało mu się osiągnąć coś w rodzaju równowagi, choć rozkładał szeroko ręce na boki, co wskazywało na to, że ma wątpliwości, czy uda mu się ją zachować.
