
Gwen zeszła na mniejszą wysokość i znalazła się u jego boku. Leciała pewnie i równo, a ciemne włosy powiewały za nią niczym szalony, czarny sztandar.
— Co ty wyprawiasz? — krzyknęła.
— Chyba już wiem, jak to się robi! — oznajmił. Nadal stał pionowo.
— Świetnie. Spójrz w dół!
Zrobił to, wychylając się poza wątłą platformę, na której stał. Larteyn ze swymi ciemnymi wieżami i wyblakłymi świecikowymi ulicami został z tyłu. Byli bardzo wysoko nad ziemią. Daleko na dole ciągnęły się Błonia. Dirk wypatrzył tam rzekę, krętą wstążkę ciemnej wody pośród spowitej w półmroku roślinności. Wtem zakręciło mu się w głowie, zacisnął dłonie i znowu przewrócił się do góry nogami.
Tym razem Gwen podleciała blisko do niego, gdy zwisał głową w dół. Skrzyżowała ręce na piersiach i uśmiechnęła się szyderczo.
— Naprawdę jesteś głupim dupkiem, t’Larien — poinformowała go. — Czemu nie latasz głową do góry?
Warknął na nią, a przynajmniej spróbował warknąć, lecz wiatr odebrał mu oddech i mógł co najwyżej robić groźne miny. Potem obrócił się głową do góry. Od tego wszystkiego rozbolały go już nogi.
— Popatrz! — zawołał i spojrzał dumnie w dół, by udowodnić, że za drugim razem nie zlęknie się wysokości.
Gwen znowu znalazła się u jego boku. Przyjrzała mu się uważnie i kiwnęła głową.
— Jesteś hańbą dla dzieci Avalonu i ślizgarzy wszystkich światów — oceniła. — Ale chyba wyjdziesz z tego żywy. A teraz powiedz, czy chcesz zobaczyć pustkowia?
— Prowadź, Jenny!
— To musisz zawrócić. Lecimy w niewłaściwą stronę. Musimy przelecieć nad górami.
Wyciągnęła wolną dłoń, ujęła go za rękę i we dwoje zatoczyli szeroką spiralę, zawracając w stronę Larteynu i ściany gór. Z oddali miasto wydawało się szare i wyblakłe. Jego dumne świeciki przybrały w świetle słońc czarną barwę. Góry były majaczącą w oddali barierą mroku.
