Pomknęli ku nim we dwoje, wznosząc się stopniowo coraz wyżej, aż wreszcie znaleźli się wysoko nad Ognistym Fortem, wystarczająco wysoko, by przemknąć nad turniami. Ten pułap stanowił właściwie kres możliwości powietrznych ślizgów. Autolot mógł rzecz jasna wzbić się znacznie wyżej, ale to w pełni wystarczało Dirkowi. Ich kameleonowe kombinezony zmieniły kolor na szarobiały. Cieszył się, że ma na sobie ciepły strój, gdyż wiatr był przenikliwy, a szarawy dzień Worlornu niewiele się różnił od nocy.

Trzymali się za ręce, z rzadka wykrzykując jakieś komentarze. Pochylali się pod wiatr to w tę, to w tamtą stronę, aż wreszcie przemknęli nad szczytem jednej z gór i opadli wzdłuż jej zbocza do cienistej, skalnej doliny. Potem pomknęli następną i jeszcze następną, mijając ostre jak sztylety wyniosłości skalne zielonej bądź czarnej barwy, a także wysokie, wąskie wodospady i głębokie przepaście. W pewnej chwili Gwen zapytała, czy chce się ścigać, a on wyraził krzykiem zgodę. Potem pomknęli naprzód tak szybko, jak tylko pozwalały na to ślizgi i ich umiejętności. Wreszcie Gwen ulitowała się nad Dirkiem i zawróciła, by ponownie ująć go za rękę.

Góry opadały w dół na zachodzie równie gwałtownie, jak wznosiły się ku niebu na wschodzie, tworząc wysoką barierę, która osłaniała pustkowia przed światłem wciąż pnącego się w górę po nieboskłonie Kręgu.

— W dół — poleciła Gwen. Dirk kiwnął głową i oboje zaczęli opuszczać się powoli ku ciemnozielonemu gąszczowi rozciągającemu się pod nimi. Byli już w powietrzu od z górą godziny i Dirk czuł się odrętwiały od worlorńskiego wiatru, a większa część jego ciała protestowała przeciwko podobnemu traktowaniu.

Wylądowali głęboko w lesie, nieopodal jeziora, które zauważyli z góry. Gwen opadła z wdziękiem po lekkim łuku i wylądowała na omszałym brzegu, natomiast Dirk, który bał się, że uderzy mocno w ziemię i złamie sobie nogę, wyłączył grawitor odrobinę za wcześnie i spadł z wysokości metra.



36 из 361