
Gwen pomogła mu odłączyć buty od ślizgu. Wspólnie strzepnęli wilgotny piasek oraz mech z jego ubrania i włosów. Potem usiadła obok niego i uśmiechnęła się. On również się uśmiechnął i pocałował ją.
A przynajmniej spróbował. Gdy wyciągnął ramię, by ją objąć, odsunęła się od niego. Wtedy sobie przypomniał. Ręce mu opadły, a na twarzy pojawił się cień.
— Przepraszam — wymamrotał. Odwrócił od niej wzrok, spoglądając na jezioro. Woda miała kolor oleistej zieleni, a nieruchomą taflę upstrzyły wysepki fioletowych grzybów. Poruszały się tam jedynie owady, śmigające po pobliskich płyciznach. W lesie było jeszcze mroczniej niż w mieście, gdyż większa część dysku Tłustego Szatana nadal kryła się za górami.
Gwen wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia.
— Nie — rzekła cicho. — To ja przepraszam. Ja też zapomniałam. To było prawie jak na Avalonie.
Spojrzał na nią, zmuszając się do niepewnego uśmiechu.
— Tak. Prawie. Tęskniłem za tobą, Gwen, bez względu na wszystko. Ale czy powinienem ci o tym mówić?
— Pewnie nie powinieneś — przyznała. Znowu nie chciała spojrzeć mu w oczy i wpatrzyła się w jezioro. Jego drugi brzeg skrywała mgła. Przez długi czas patrzyła bez ruchu w dal. Tylko raz lekko zadrżała z zimna. Dirk przyglądał się, jak barwa jej kombinezonu stopniowo przechodzi w białawą w zielone cętki, by dostosować się do powierzchni, na której siedziała.
Wreszcie wyciągnął niepewnie dłoń, by jej dotknąć, lecz strząsnęła ją z siebie.
— Nie — powiedziała.
Dirk westchnął, nabrał w dłoń garść chłodnego piasku i patrzył, jak przesypuje się między palcami.
— Gwen. — Zawahał się. — Jenny. Nie wiem…
Spojrzała na niego, marszcząc brwi.
— To nie jest moje imię, Dirk. Nigdy nie było. Nikt mnie tak nie nazywał oprócz ciebie.
Skrzywił się boleśnie.
— Ale dlaczego…
