— Byłaś Jenny!

— Tak i nie. Twoja Jenny, twoja Guinevere. Powtarzałeś to raz po raz. Nazywałeś mnie tymi imionami tak samo często, jak nazywałeś mnie Gwen, ale miałeś rację. To były twoje imiona. Tak, podobało mi się to. Co mogłam wiedzieć o imionach i ich nadawaniu? Jenny brzmi ładnie, a Guinevere ma polor legendy. Co mogłam o tym wiedzieć? Ale z czasem się nauczyłam, nawet jeśli nie potrafiłam ubrać tego w słowa. Problem polegał na tym, że ty kochałeś Jenny, a ja nią nie byłam. Mogła mnie przypominać, ale pozostawała fantomem, życzeniem, marzeniem, które ukształtowałeś na własną rękę. Narzuciłeś mi ją i kochałeś nas obie. Z czasem zauważyłam, że staję się Jenny. Jeśli nada się czemuś imię, to coś zacznie istnieć. Imiona zawierają w sobie całą prawdę i wszystkie kłamstwa, gdyż nic nie zniekształca rzeczywistości skuteczniej niż fałszywe imię, które zmienia ją jednocześnie z jej obrazem. Chciałam, żebyś kochał mnie, a nie ją. Byłam Gwen Delvano i chciałam się stać tak dobrą Gwen Delvano, jak to tylko możliwe, ale pozostać sobą. Nie chciałam być Jenny, broniłam się przed tym, ale ty starałeś się ją zatrzymać i nic nie rozumiałeś. Dlatego właśnie cię opuściłam — dokończyła chłodnym, spokojnym głosem. Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Potem znowu odwróciła od niego wzrok.

Dirk wreszcie wszystko pojął. Przez siedem lat nie potrafił tego rozgryźć, lecz teraz doznał przelotnego olśnienia. To dlatego odesłała mi szeptoklejnot, pomyślał. Nie po to, by przywołać mnie z powrotem, ale żeby wreszcie powiedzieć, dlaczego kazała mi odejść. To miało sens. Jego gniew ostygł, przechodząc w pełną znużenia melancholię. Przez jego palce przesypywał się zimny piasek, lecz on nie zwracał na to uwagi.



41 из 361