
Bonnie uśmiechnęła się.
– Mam nawet lepszy pomysł.
– Jaki… jaki pomysł?
– Kupiłam ten samochód po to, żeby cię do niego wsadzić, przytroczyć nasze bagaże z tyłu i pojechać razem do domu.
– Razem…
– Wybieram się spędzić ciche i spokojne święta, opiekując się wujem, którego prawie nie znam – powiedziała. – I pomyślałam sobie, że jeżeli nie masz nic przeciwko temu, możesz dołączyć do nas. No więc jak, Paddy? Pojedziemy razem do domu?
– Naprawdę chcesz mnie zabrać?
– Dlaczego bym nie miała tego zrobić?
– Bo lekarze nie zabierają na ogół pacjentów do domu na Boże Narodzenie – powiedział z trudem.
– A ja zabieram. – I nachyliła się nad nim, kładąc mu rękę na ramieniu.
Rozdział 2
Na dobrą sprawę Bonnie powinna była przez całą drogę płakać. A ona wyjechała z miasta w olśniewającym słońcu i podążała do miejsca swego przeznaczenia z nie dającym się określić uczuciem wyczekiwania.
Przekonywała samą siebie, że nie ma to nic wspólnego z osobą Webba Halforda, absolutnie nic wspólnego…
Obok niej siedział Paddy. Obłożyła go ze wszystkich stron poduszkami, pod ręką miał na wszelki wypadek maskę tlenową. Paddy jednak nie zamierzał dopuścić do tego, by choroba zepsuła mu podróż.
Wyśmiał więc Bonnie, gdy zaofiarowała mu krem przeciw oparzeniom słonecznym.
– Mam zamiar spędzić następnych parę dni w łóżku, jęcząc z bólu z powodu oparzeń. Poczuję się wtedy podobny do człowieka.
W dwie godziny później Bonnie parkowała samochód na parkingu szpitala w Kurrarze. Kurrara była niewielkim miasteczkiem i szpital mógł się pochwalić tylko dwoma lekarzami. Starego doktora Robertsa Bonnie znała od dziecka, Webb Halford był lekarzem nowym.
– Mam nadzieję, że dzisiaj ma dyżur doktor Roberts – powiedziała.
