Ale oszukiwała samą siebie. Z jakiegoś dziwnego powodu spodziewała się, niezwykle silnie pragnęła, by Webb Halford mógł zobaczyć, że przyjechała, by uczynić to, co on uważał za słuszne.

– Może posiedzisz w poczekalni, a ja pójdę zobaczyć wuja – zaproponowała. – Zaraz będę z powrotem. Załatwię tylko karetkę dla niego na jutro rano.

– Nie wybieram się w odwiedziny do żadnego cholernego szpitala – powiedział Paddy. – Idź już prędzej, a ja posiedzę tutaj i postaram się opalić. – Zachichotał. – Mnie chyba nie można straszyć rakiem skóry, jak myślisz?


Wuj Bonnie leżał sam. Ozdoby świąteczne zdawały się tu zupełnie nie na miejscu, tak bardzo rzucała się w oczy samotność tego człowieka.

– Wujku… – Bonnie chciała podejść i ucałować go, ale zatrzymał ją jego wzrok.

– To ty… – szepnął.

– Tak, to ja. – Bonnie zmusiła się do przejścia paru kroków i spróbowała wziąć wuja za rękę. Cofnął się jak oparzony.

– Nie myślałem, że przyjedziesz.

– Ja też nie, ale doktor Halford mówi, że jestem ci potrzebna.

– Wcale mi nie jesteś potrzebna. – Opadł na poduszki, pokonany przez ból i rozpacz. – Doktor Halford nie ma prawa… Niech mnie szlag trafi, jeśli przyjmę twoją pomoc.

– Rozumiem – powiedziała.

Nie spodziewała się niczego więcej. Po tym co zaszło między nimi, gdy była tu ostatni raz…

– Rozumiem, że nie potrzebujesz mojej pomocy – zawiesiła głos – ale może ty będziesz mógł pomóc mnie.

– Tobie pomóc…?

– Przyjechałam tu ze znajomym, z bliskim znajomym – oznajmiła. – On umiera na rozedmę płuc. Pracował na farmie i marzy o tym, żeby spędzić ostatnie dni życia na wsi. To będzie jego ostatnie Boże Narodzenie. Więc… może będziemy mogli pomóc sobie nawzajem.

Wszystko to zajęło więcej czasu, niż Bonnie myślała. Gdy uzyskała już zgodę wuja i biegła z powrotem korytarzem, nerwowo zerknęła na zegarek. Paddy zbyt długo siedzi sam w samochodzie. Kiedy zbliżała się do recepcji, na spotkanie wyszedł jej Webb Halford.



11 из 107