
– Proszę, proszę – skomentował jej widok. – Przyjechała córka marnotrawna.
– Proszę zachować swoje złote myśli dla siebie – odpaliła. – Czy mógłby pan załatwić dla wuja karetkę pogotowia? Chciałabym, by go przywieźli jutro rano.
– Mogę. Jeśli nie wyniknie nic nieprzewidzianego, przywiozą go jutro koło dziewiątej.
– Świetnie. A teraz bardzo się…
– Spieszę – zakończył za nią.
– Czeka na mnie w samochodzie znajomy.
– Który nie lubi czekać. – Pokiwał głową. – Czy ten znajomy zostanie z panią?
– Tak.
– Mam nadzieję, że potrafi dobrze doić krowy. Sąsiad, który to do tej pory robił, dzwonił dziś rano do szpitala i gdy usłyszał, że przyjeżdża córka Henry'ego, powiedział, że więcej nie przyjdzie.
Bonnie przymknęła oczy. Nie spodziewała się niczego innego.
Krowy trzeba było doić dwa razy dziennie bez względu na okoliczności i farmerzy pomagali sobie nawzajem w razie potrzeby. Nie dotyczyło to jednak gospodarstwa rodziny Gaize. Ciotka Lois zraziła do siebie wszystkich w okolicy swoją nieprzystępną miną i złośliwym językiem.
– Zajmę się dojeniem krów – powiedziała Bonnie.
Wyjrzał przez okno w kierunku jej małego, rzucającego się w oczy samochodu, który na tle szarego asfaltu wyglądał jak purpurowa plama. Paddy siedział tyłem do szpitala; zwracały uwagę tylko jego rude włosy.
– I po to właśnie zabrała pani przyjaciela? – spytał Webb, a Bonnie zagryzła wargi. Ten człowiek jest koszmarny.
– Oczywiście – mruknęła. – A teraz pozwoli pan…
– Zdaje sobie pani sprawę, że nie wolno pani zostawiać wuja samego, gdy będzie pani doić krowy? – zapytał, wyciągając rękę, by ją zatrzymać. – Nie wolno mu w żadnym wypadku wstawać z łóżka, a gdyby przyszło mu do głowy stanąć na własnych nogach… •
– Kości miednicy rozstąpią się – dokończyła przez zaciśnięte zęby. – Nie musi mnie pan uczyć medycyny, panie doktorze. Jak sam pan powiedział, po to właśnie… po to właśnie przywiozłam tu swego przyjaciela. A teraz proszę mi zejść z drogi.
