
Ku wielkiej satysfakcji Bonnie, Webb Halford był najwyraźniej zmieszany.
– Połóżcie go na łóżku – powtórzyła Bonnie.
Pierwszy na jej prośbę zareagował pielęgniarz.
– O co tu, do diabła, w ogóle chodzi? – zapytał Webb.
Widać było, że jest wytrącony z równowagi. Poruszał się automatycznie, układając z pielęgniarzem Henry'ego na łóżku. Bonnie czekała z kocami i milczała, dopóki nie ułożyła wuja wygodnie.
– Nie bardzo rozumiem pańskie pytanie – powiedziała w końcu.
– Przywiozła pani tutaj tego człowieka…
– Ten człowiek – Bonnie odwróciła się z uśmiechem do Paddy'ego – to mój przyjaciel, Paddy Hulbert. Choruje teraz, a mój wuj wyraził zgodę, żeby zamieszkał z nami na czas ich wspólnej rekonwalescencji.
– Co panu jest? – spytał Webb.
Paddy mógł mieć sześćdziesiąt parę lat, ale wiek nie mógł być przyczyną takiego wyglądu.
– Rozedma płuc – wyszeptał ochrypłym głosem. – I noga do niczego. Niewiele mi już zostało na tym świecie, jak sądzę, ale pani doktor, to znaczy Bonnie, myślała, że kiedy poczuję krowie zapachy, zrobi mi się lepiej.
– Uśmiechnął się do Henry'ego. – Szczęściarz z pana, mieć taką dziewczynę za siostrzenicę.
– To już wszystko, prawda? – odezwała się Bonnie.
– Jest pan pewnie bardzo zajęty. – Niedwuznacznie dawała Webbowi odprawę.
– Muszę najpierw z panią porozmawiać – powiedział Webb przez zaciśnięte zęby.
– Proszę bardzo – odezwała się z uśmiechem. – Proszę mówić.
– Nie tutaj – odrzekł rozkazującym tonem. – Chcę porozmawiać z panią na osobności.
Bonnie i Webb wyszli w milczeniu. Jedno spojrzenie na twarz doktora Halforda wystarczyło pielęgniarzowi, by zejść mu z drogi. Zanim opuścili dom tylnymi drzwiami, siedział już w karetce. Muzyka z radia, które nastawił, kłóciła się z ciszą, która panowała wokół.
– No więc czy mogłaby mi pani powiedzieć, co się tu, u diabła, dzieje?
– A dlaczego bym miała panu coś mówić?
