Nie była to miła odpowiedź, ale przecież ten człowiek okazał jej pogardę i sprawił, że czuła się niepewnie.

– Czy to pani krewny?

– Chce pan zapytać, czy piekę dwie pieczenie przy jednym ogniu? – W śmiechu Bonnie brzmiała gorycz. – Niedługo oskarży mnie pan o otrucie ich cyjankiem z powodu jakiegoś nie istniejącego spadku.

Zapadła cisza. Po chwili Webb odezwał się zmęczonym głosem, tak jakby już nic nie rozumiał i jakby mu było naprawdę wszystko jedno.

– Czy on umiera? – Myślał najwyraźniej nadal o Paddym.

– Nie wiem.

– Czy to rozedma?

– Tak. – Wzruszyła ramionami. – Ale nie było to groźne, dopóki nie złamał nogi. No a potem, po dwóch miesiącach leżenia na wyciągu, nie mając żadnego celu, niczego, co by go trzymało przy życiu, stwierdził, że chce umrzeć.

– A czy pani chce, żeby umarł?

– Cóż za pytanie, panie doktorze? – spytała cicho.

– Paddy Hulbert jest moim przyjacielem, a przy tym moim pacjentem.

– Ale nic go nie trzyma przy życiu.

– To prawda. Chyba że… – Bonnie zagryzła wargi.

– Chyba że?

– Chyba że uda mi się dokonać cudu. – Wciągnęła głęboko powietrze. – Gwiazdkowego cudu. Do tego zmierzam, panie doktorze. Może pan powiedzieć, że trzeba być wariatem, żeby robić coś podobnego, ale ja wolę być uznana za wariatkę, niż gdyby ktoś miał mnie mieć za nieczułą egocentryczkę, pozbawioną wszelkich zasad. A teraz pan wybaczy, ale…

– W jaki sposób zamierza się pani nimi zająć?

– To moja sprawa, panie doktorze.

– Pani wuj jest moim pacjentem.

– Jest teraz w domu. Czy sądzi pan, że zgodzi się na powrót do szpitala, jeżeli pan mu to doradzi?

– Niewykluczone – odparł twardym głosem. – Rano wcale nie miał ochoty wracać do domu.

Bonnie zagryzła wargi. Oczywiście. Jeszcze nie dokonała cudu.

– Dam sobie radę.

– W jaki sposób?

Odwrócił się i spojrzał na nią. Działy się tu rzeczy, których nie rozumiał, ale twarz jego mówiła wyraźnie, że przynajmniej na chwilę zawiesza swój osąd. Chciał się czegoś dowiedzieć.



18 из 107