– Wiem, że nie wygląda to najlepiej – ciągnęła niechętnie. – Sama o tym wiem. Muszę doić krowy i będą chwile, kiedy zostawać będą musieli sami. Ale założyłam interkom i ustawiłam pomiędzy nimi telefon i Paddy jest w stanie stać sam przez chwilę. Przez małą chwilę, ale mam nadzieję, że będzie lepiej, jeśli tylko uda mi się namówić go do jedzenia. Więc…

– Oni obydwaj powinni być bez przerwy pod opieką pielęgniarki.

– Wiem. Obydwaj powinni być w szpitalu. Tyle tylko że w szpitalu obydwaj by umarli. Więc… to chyba wszystko, co mogę dla nich zrobić.

– I zawsze pani robi wszystko, co tylko można zrobić?

Zadał to pytanie z ironią, ale nie zabrzmiało ono tak obraźliwie, jak by się można było spodziewać. W oczach jego pojawiła się wątpliwość; mówiła ona, że Webb postanowił przemyśleć wszystko od nowa. Być może Bonnie…

– Zawsze – odpowiedziała. – Zawsze, jeżeli tylko mi się na to pozwala. A pan mi teraz przeszkadza, panie doktorze. Wydaje mi się… Wydaje mi się, że na pana już pora.

– Żeby miała pani możliwość dokonać swoich cudów?

– Mam nadzieję, że mi się uda – szepnęła Bonnie. – Wierzę w to.

Rozdział 3

Przez resztę dnia Bonnie kręciła się jak w ukropie. Tyle rzeczy było ciągle do zrobienia, że nie miała czasu odetchnąć.

Była sobota. W sobotę właśnie miała lądować na lotnisku Heathrow. Zamiast tego wieszała mokre pranie na sznurach, i końca nie było widać. Pościeli nie wyjmowano z szaf od śmierci ciotki – z wyjątkiem tych kilku zmian, których Henry używał na co dzień.

Upiekła potem na grillu kiełbaski na lunch, zabrała z powrotem nietknięty talerz od Paddy'ego i w ponurym milczeniu zmywała naczynia. Dobrze, że chociaż Henry jadł, ale za to wcale się do niej nie odzywał. Wróciła potem do pokoju swych pacjentów, zrobiła im masaż i nawet się nie obejrzała, kiedy znowu był czas na dojenie krów.



19 из 107