
Siedemdziesiąt dwie krowy…
Zaraz, zaraz, czy rano nie było siedemdziesięciu trzech?
W trzy godziny później Bonnie skończyła dojenie i w gęstniejącym mroku stanęła w drzwiach obory, spoglądając w dolinę. Gdzieś tam, w dole, znajdowała się z pewnością brakująca krowa, ale nie mogła jej przecież teraz szukać. Musiała przygotować kolację i zająć się pacjentami.
Dlaczego krowa nie wróciła do obory? Bonnie zdawała sobie sprawę z ceny mlecznych krów i wiedziała, że Henry nie może sobie pozwolić na utratę choćby jednej.
Z pewnością nie jest to danie dla smakoszy, pomyślała pół godziny później, widząc, że Paddy znowu nie tknął kolacji.
– Nie smakuje ci omlet?
Paddy pokręcił przecząco głową.
– Po prostu nie jestem głodny.
– Do diabła ciężkiego, powinieneś być głodny.
Na dźwięk głosu Henry'ego obydwoje podskoczyli. Od powrotu ze szpitala Henry się prawie nie odzywał.
– Jeżeli się nie mylę – zwrócił się teraz do Paddy'ego – ten omlet jest zrobiony z naszych jajek, które zniosły tutaj nasze własne kury. Nieprawda, córeczko?
Bonnie zaczerwieniła się. Córeczko… Kiedy ostatni raz Henry ją tak nazwał? Ale nadal na nią nie patrzył.
– Przyniosłam je wracając z obory. – Bonnie próbowała się uśmiechnąć. – Sześć brązowych jajek prosto od kury.
– Większość moich kur to brązowe rodajlendy. Ale jest jedna… – Urwał, jakby mu trudno było dalej mówić.
– Jedna jest rasy Wyandotte. Nazwałem ją Frankie, bo od pierwszej chwili nasz kogut Johnnie nie mógł od niej oderwać oczu. Wcale mu sienie dziwię. Chodząca piękność: rasowa, biało-czarna nioska. Ile razy mam ochotę na coś specjalnego, zjadam jajka od niej. – Uśmiechnął się nieśmiało do Bonnie. – Łatwo ją poznasz, jest mniejsza, innego koloru, a jajka są jaśniejsze i rozpływają się w ustach.
Biało-czarna kura… Bonnie pociemniało w oczach. Przed chwilą zamknęła kury i w masie brązowego ptactwa nie widziała żadnej biało-czarnej nioski. Brakowało więc nie tylko krowy, zginęła także kura.
