Nie musiała czekać na odpowiedź ani chwili.

– Tak. Dlaczego pytasz? Czy jakaś zginęła?

– Nie liczyłam ich jeszcze – skłamała – ale pomyślałam, że najwyższa pora to zrobić.

Gdy tylko wyszła z sypialni, zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę i wzdrygnęła się, słysząc głos Webba Halforda.

– Dzwonię, żeby się dowiedzieć, czy wszystko w porządku – powiedział. – Czy nic pani nie brakuje? Żadnych lekarstw? Przyjadę jutro z samego rana i mogę przywieźć wszystko, co tylko pani sobie zażyczy.

– Wszystko jest w porządku – odpowiedziała, usiłując mówić spokojnym głosem. – Nie ma powodu, żeby pan tu przyjeżdżał. Daję sobie świetnie radę i wcale nam pan nie jest potrzebny.

– Czy pani chce, czy nie chce, i tak przyjadę – odparł stanowczo. – Do zobaczenia jutro.

Cholerny facet. Prawie już doszła do siebie, a teraz wszystko zaczyna się od nowa… Ręka jej drżała, gdy odkładała słuchawkę, i w żaden sposób nie mogła sobie wytłumaczyć, dlaczego się tak dzieje. Dlaczego Webb Halford tak łatwo potrafi ją zranić, dlaczego jest przy nim taka zalękniona i speszona.

Głupia jestem, pomyślała. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż Webb Halford.

Choćby ta zaginiona krowa.

Gdzie ona może być, u licha?

Stanęła w drzwiach, próbując przeniknąć wzrokiem mrok spowijający dolinę. Nie bardzo mogła zostawić swoich pacjentów i udać się na poszukiwania. Zajęłoby jej to przecież wiele godzin.


Podczas porannego udoju Bonnie liczyła krowy szczególnie starannie. Przy ostatniej, siedemdziesiątej drugiej, westchnęła ciężko.

Był już jasny dzień i właśnie sprawdziła wypracowany przez siebie system alarmowy.

Bindy i Dougal, dwa szkockie owczarki, nie odstępowały jej na krok od chwili, gdy pojawiła się na farmie. Były spokojne i łagodne i zdenerwowały się tylko raz, gdy sprawdzała z Paddym działanie interkomu.

– Bonnie – krzyknął Paddy do urządzenia tak głośno, że głos jego rozległ się stokrotnym echem i obydwa psy rzuciły się wściekłe i zjeżone w kierunku głośnika. Ich szczekanie rozniosło się po całym gospodarstwie.



22 из 107