Bonnie podeszła do niego.

– Przepraszam, nazywam się Bonnie Gaize. Pan chciał podobno ze mną rozmawiać.

Mężczyzna odwrócił się do niej. Wydawał jej się wielki, miał pewnie ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i był mocno zbudowany.

Jego mocna sylwetka, umięśnione silnie ciało i przenikliwe oczy spozierające z opalonej twarzy sprawiały, iż promieniowała z niego męskość, z jaką Bonnie nigdy się jeszcze nie spotkała. Kruczoczarne włosy potęgowały wrażenie siły. A ręka, którą wyciągnął na powitanie, potwierdziła jej pierwsze odczucia.

Lekko zmieszana uniosła głowę.

Czuła się jak uczennica. Jak uczennica, która coś zbroiła.

– Nazywam się Webb Halford. – Mężczyzna mówił dźwięcznym, donośnym głosem, z którego bił chłód, a nawet coś w rodzaju wrogości.

– Nie przypominam sobie, żebyśmy się…

– Z pewnością mnie sobie pani nie przypomina. Jestem lekarzem rodzinnym w Kurrarze, a pani ojciec jest moim pacjentem.

– Mój ojciec… – Bonnie odczuła gwałtowny ból i przymknęła oczy. – O czym pan mówi? Mój ojciec zmarł, gdy miałam dziesięć lat.

Zapadła cisza. Mężczyzna patrzył na nią takim wzrokiem, jakby nie był pewien, czy ma przed sobą gada lub płaza, czy też może… może pomylił się.

– Mówię przecież z panią doktor Bonnie Gaize?

– Tak.

Kiwnął głową.

– No właśnie. Henry Gaize jest pani ojcem, a Jacinta Gaize pani siostrą.

– Nie.

Zirytował się.

– Słyszałem, że jednak tak jest.

– Henry Gaize jest moim wujem – wyjaśniła. – Jacinta jest moją kuzynką. Nie widziałam ich od czterech lat.

– Ale Henry Gaize i pani ciotka zaadoptowali panią po śmierci rodziców – odparł wolno. – I wychowywali panią jak własną córkę.

Bonnie nie odpowiedziała. Jak własną córkę… Dobry dowcip!

– Przecież zaadoptowali panią?

– Tak.

– Czy wie pani, że ciotka zmarła?



4 из 107