– Dziękuję bardzo – szepnęła Bonnie. – Pańskie poczucie obowiązku jest imponujące.

– Czego nie można powiedzieć o pani. – Obrzucił ją spojrzeniem pełnym nieskrywanej niechęci. Stwarzało to rzeczywiście wrażenie, że patrzy na nią jak na gada lub płaza. – Niczego więcej się po pani nie spodziewałem. Przyjechałem tylko panią zawiadomić, że jeśli to wszystko do pani nie przemówi, wuj umrze. To tyle. A teraz już idę. – I skierował się do drzwi.

– Chwileczkę…

Bonnie czuła się jak bezbronne zwierzątko, podstępnie schwytane w groźną pułapkę.

Spojrzał na nią zimnym, obojętnym wzrokiem.

– A… co z Jacintą? Czy ona mówiła panu o mnie?

– Dzwoniłem do pani kuzynki w Sydney – odparł chłodno. – Ona nie ma pieniędzy, żeby opłacić pani wujowi opiekę i nie ma zamiaru przyjechać do domu. Powiedziała mi, że pani ma większe zobowiązania względem wuja, a także że to pani była ulubienicą ojca. To znaczy wuja.

– Jacinta tak panu powiedziała?

– A wuj to potwierdził. Pytałem go o obydwie jego córki. O Jacincie prawie nic nie mówił, ale opowiedział mi wszystko o pani. O pani zawodowej karierze i jak sobie pani świetnie dawała radę na studiach. Od niego się dowiedziałem, gdzie pani pracuje.

Bonnie spojrzała zdumiona.

– Skąd on to może wiedzieć? – szepnęła.

Webb popatrzył na zegarek.

– Przykro mi, proszę pani, ale wieczorem muszę być z powrotem w Kurrarze. Za wiele bym pewnie żądał, prosząc panią o jakąś wiadomość dla wuja?

– N… nie mam mu nic do powiedzenia.

– A więc adwokaci powiadomią panią o jego śmierci – rzucił z furią. – Już niedługo. I mam nadzieję, że i pani, i pani szacowna siostra-kuzynka odziedziczycie dokładnie to, na co zasłużyłyście.

Bonnie wróciła do swego szpitalnego mieszkania i zaczęła pakowanie. Cała radość zniknęła jednak gdzieś bez śladu.



6 из 107