
Boże Narodzenie w Londynie.
Będzie robiła zakupy, obejrzy zmianę warty przed pałacem królewskim, wynajmie samochód, pojedzie do Walii, a potem dalej do Szkocji, żeby w jeziorze Loch Ness zobaczyć kryjącego się tam potwora. I wreszcie Paryż, wieża Eiffla…
– Nie jestem im potrzebna. Nigdy nie byłam potrzebna. Musieli się mną zajmować i spełniali swój obowiązek, a potem skrzywdzili mnie tak bardzo… tak bardzo, że niczego nie mogą teraz ode mnie żądać – mówiła głośno.
– Wuj Henry mnie nie skrzywdził.
– Wuj Henry nie mieszał się do niczego, patrzył tylko, jak ciotka i Jacinta znęcają się nade mną.
– Wuj Henry kochał mnie… wuj Henry kocha mnie…
Niewyraźny szept rozbrzmiewał w ciszy pokoju, wyrażając rozpaczliwą nadzieję, że tak naprawdę jest. Pamięć przywróciła obraz dziesięcioletniej Bonnie, samotnej i osieroconej dziewczynki, skrzyczanej przez ciotkę za jakieś nieposłuszeństwo, szukającej schronienia w oborze. I wuja Henry'ego, który jak zwykle nic nie mówił, tylko sadzał ją na stołku i uczył doić krowy.
Radość, jaką dawała obecność wuja Henry'ego… Radość, jaką sprawiało wyobrażenie sobie, że jest się kochaną.
– Gdyby nie on, chybabym była zwariowała – odezwała się znowu i powoli opuściła wieko na zapakowaną do połowy walizkę. – Zamiast jechać na wakacje, mogłabym opłacić pielęgniarkę i kogoś, kto by doił krowy, ale co to da? Przez dwa miesiące nie będę miała ani pracy, ani pieniędzy.
Do Londynu pojadę kiedy indziej, powiedziała sobie, ale wiedziała, że to nieprawda. Po rozpoczęciu specjalizacji miną lata, zanim będzie to możliwe.
– Takie wakacje nie są dla ciebie – powiedziała głośno. – Sama o tym dobrze wiesz. Więc… zaopiekuj się nim.
Ale on nie będzie chciał… Nie zechce mojej pomocy. To znajdź jakiś sposób, żeby zechciał, odpowiedziała samej sobie ostro.
Z samego rana zadzwoniła do doktora Halforda w Kurrarze.
