Po Brompton Road jechało kilka samochodów. Rozwidniło się, ale ciężkie ciemne chmury nadawały porankowi szary odcień. Połowa punktów usługowych i sklepów była zamknięta; widocznie ich właściciele padli ofiarą bezlitosnej recesji. W wejściach do niektórych nieczynnych sklepów bezdomni ludzie zbudowali z dykty i tekturowych pudeł skomplikowane konstrukcje, które służyły im za mieszkania. Oparte o szyby pustych witryn wózki na zakupy i duże worki na odpady zawierały cały ich dobytek.

— Mamy w Hyde Paku siedem tysięcy ludzi — odezwała się Beatrice do Vivien. — Kolejne dziesięć tysięcy mieszka w schroniskach w różnych punktach Londynu. „Times” ocenia, że liczba wszystkich bezdomnych w całym mieście przekracza sto dwadzieścia tysięcy. Co więcej, liczba ta z każdą chwilą rośnie…

— Dokąd idziemy? — zapytała nagle Vivien, kiedy Beatrice skręciła w Beauchamp Place.

— Do nowego budynku administracji na Walton Street — odparła zakonnica. — Moje wystąpienie przeniesiono tam ze względu na udział w nim przedstawicieli prasy…

Beatrice przerwała. Vivien nie było u jej boku. Przystanęła o kilka kroków z tyłu.

— To nie może być przypadek — powiedziała, kręcąc głową. Przeżegnała się i spojrzała na ciemne chmury na niebie. — Czy robisz to, dobry Boże, żeby pomóc mi podjąć decyzję? — zapytała. — Czy może to tylko sprawka chytrej siostry Beatrice, że zawiodła mnie na miejsce moich podłych czynów?

Marszcząc brwi, Beatrice spojrzała na koleżankę.

— Niewiele ponad rok minął od chwili, kiedy właśnie tutaj spotkałyśmy się po raz pierwszy — przypomniała jej Vivien. — O niecałe pięćdziesiąt metrów od tego miejsca… Jeden z moich amantów odprowadzał mnie do agencji, w której mnie wynajął. Ty i brat Madison klęczeliście wtedy na tym chodniku, okrywając kocami jakiegoś nieszczęśnika, który stracił przytomność i mógł umrzeć na tym mrozie.



21 из 258