
— To zdarzyło się właśnie tutaj? — zdziwiła się Beatrice, spoglądając w tamtą stronę. — Nie pamiętam dokładnie miejsca.
— Przeszliśmy na drugą stronę, żeby coś ominąć — ciągnęła Vivien, a w jej głosie słychać było większe ożywienie. — Otuliłam się szczelnie futrem z norek. Mój amant, jeden z tych bezdusznych Arabów z harmonią forsy, lecz poza tym nieczuły jak kamień, roześmiał się na całe gardło, kiedy tamten biedak wyślizgnął ci się z rąk i upadł na chodnik… Patrzyłam, jak schyliłaś się i usiłowałaś go znowu podnieść. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały… Nigdy tego nie zapomnę. Pamiętam, że czułam się wówczas jak osoba absolutnie bezwartościowa.
Beatrice przeszła te kilka kroków i stanęła u boku koleżanki.
— Kiedy wróciłam do swojego luksusowego mieszkania w Mayfair, płakałam — powiedziała zamyślona Vivien. — Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam przestać. — Pokręciła głową. — Upłynęły jednak prawie cztery miesiące, nim podeszłam do ciebie po tamtej mowie, którą wygłosiłaś w Marlboro School.
— Cieszę się, że to zrobiłaś — odezwała się Beatrice po krótkiej chwili ciszy.
Obie mniszki objęły się i uściskały na środku chodnika, nie zwracając uwagi na przechodniów.
— Chodźmy — powiedziała w końcu Beatrice. — Czeka nas to wystąpienie.
— Byłaś niesamowita — stwierdziła Vivien, kiedy wraz z Beatrice znalazła się na Beauchamp Place w drodze powrotnej do Hyde Parku. — Nie mogę wprost uwierzyć, jak dobrze poradziłaś sobie ze wszystkimi, włącznie z przedstawicielami gazet. Nigdy nie przestaniesz mnie zdumiewać.
— Dziękuję, Vivien — odparła siostra Beatrice. — Przemyślałam to wszystko bardzo dobrze. Martwi mnie jednak to, że pod koniec spotkania byłam szorstka dla pani Shields. To było niepotrzebne.
— Ale ona na to zasłużyła — sprzeciwiła się Vivien, niemal biegnąc, by dotrzymać kroku zakonnicy. — Ta kobieta jest nadętą idiotką. Gdyby mogła, powrzucałaby wszystkich bezdomnych do Tamizy i najchętniej jak najszybciej o nich zapomniała.
