— Niewiele brakowało, a byśmy się spóźniły — stwierdziła Beatrice.

— Nie możesz się odżywiać w taki sposób — zganiła ją Vivien.

— A miałam inne wyjście? — zapytała Beatrice. — Nie mogłam przecież powiedzieć bratu Hugonowi, że nie mam czasu porozmawiać z burmistrzem Manchesteru.

— Owszem, mogłaś — odparła Vivien i pokręciła z dezaprobatą głową. — B, zapewne to nie moja sprawa, ale jeśli nie nauczysz się mówić „nie”, zestarzejesz się, zanim skończysz trzydziestkę. Spójrz na siebie. Jest dopiero wpół do drugiej, a ty ledwo żyjesz.

— Masz rację, Vivien — odezwała się po kilku sekundach Beatrice. — Jestem zmęczona. To był bardzo nerwowy ranek… Wiem dobrze, że taki stres mi szkodzi. Martwię się jednak, że jeżeli nie zrobię tych wszystkich rzeczy sama…

— Nie będą zrobione, jak trzeba — dokończyła za nią Vivien. — Słyszałam już kiedyś ten argument. — Ujęła dłoń Beatrice. — Dlaczego nie spróbujesz się trochę przespać? — zapytała łagodnie. — Zanim dojedziemy do Esher, minie czterdzieści minut.

Kilka następnych chwil jechały, nie mówiąc ani słowa. Przez okno było widać liczne dowody na to, w jakim stopniu kryzys gospodarczy dotknął Londyn. Większość domów na terenach fabryk w pobliżu Paddington Station została opuszczona i miała teraz okna zabite deskami. Te budynki, które wciąż jeszcze zajmowały funkcjonujące firmy, pilnie wymagały remontu i odmalowania. Na terenach wielu nieczynnych przedsiębiorstw zbudowano byle jak sklecone z dykty i tektury domki, zamieszkiwane teraz przez bezdomnych. Na niewielkim boisku szkolnym stała grupa dwudziestu kilku nędznie ubranych osób, przestępujących z nogi na nogę i grzejących się wokół ogniska, w którym płonęły zebrane śmieci.



33 из 258