— Czy znacie się od dawna? — odezwała się do Vivien siwowłosa kobieta stojąca u jej boku.

— Jestem jej asystentką od prawie pięciu miesięcy — odrzekła Vivien, kiedy skończyła jeść kawałek ciasta. Było wyśmienite.

— Wydaje się taka młoda — stwierdziła kobieta stojąca z przeciwnej strony. — Idę o zakład, że nie ma nawet trzydziestki.

Vivien napiła się łyk herbaty i nie zareagowała na tę uwagę.

— Co sprawiło, że zdecydowałaś się zostać zakonnicą? — zapytała ją pierwsza kobieta. — A może powinnam nazywać cię kapłanką?

— Jesteśmy kapłankami — przyznała Vivien. — Prawdę mówiąc, jestem wciąż nowicjuszką. Nie złożyłam jeszcze zakonnych ślubów. A zostałam zakonnicą, gdyż chciałam zrobić coś dla innych ludzi.

— Twój akcent zdradza, że nie jesteś Amerykanką — stwierdziła druga kobieta. — Skąd pochodzisz?

— Z Essex — odpowiedziała z uśmiechem Vivien. — Mój ojciec jest angielskim ziemianinem. Moja matka urodziła się na Jamajce.

— Hmm — chrząknęła kobieta. — To ciekawa kombinacja.

W przeciwległym kącie pokoju stała Beatrice, otoczona wianuszkiem kobiet bombardujących ją różnymi pytaniami. Vivien postanowiła przyjść jej na ratunek. Zatrzymała się przy stole, nalała herbaty do filiżanki i na mały talerzyk nałożyła kilka pszennych ciasteczek.

— Przepraszam panie — powiedziała, przeciskając się przez tłum kobiet do koleżanki. — Siostra Beatrice też musi coś zjeść.

— Dziękuję — odezwała się wdzięczna za pamięć Beatrice, natychmiast upijając duży łyk herbaty.

— Och, przepraszam, siostro Beatrice — powiedziała stojąca u jej boku pani Washburn.

— Nic nie szkodzi, pani Washburn — uspokoiła ją Beatrice.



40 из 258