
– Jak się miewają dzieciaki? – spytała ją Randa, gdy Tessa zaczęła krążyć po pokoju.
Gdybym to ja wiedziała…
– Biorąc pod uwagę okoliczności, można powiedzieć, że nieźle. – Claire nigdy nie umiała kłamać. – Szczerze mówiąc, przeżyliśmy piekło. Paul był zamieszany w…
– Wszystko będzie dobrze – pocieszała Miranda.
Cała Randa. Zawsze trzymała nerwy na wodzy. Zawsze umiała wybrnąć z trudnej sytuacji. Zawsze uspokajała wzburzone fale.
– Mam nadzieję. – Claire przygładziła włosy. – Sean nie może przeboleć rozstania z przyjaciółmi.
– Jakoś to przeżyje – prychnęła Tessa. – Mnie się udało.
– Też miałaś ten problem? – Dutch podciągnął w górę oparcie fotela i wstał. Nawet palcem nie kiwnął, żeby się przywitać z córkami. Nie stanowili przykładnej rodziny. Od ponad dziesięciu lat dziewczyny ani razu nie uściskały, ani nie pocałowały w policzek. Claire to nie przeszkadzało.
– Teraz, kiedy już wszystkie tu jesteście, proponuję, żebyśmy przeszli od razu do rzeczy – oświadczył, wskazując ręką stolik na kółkach pełen zamkniętych butelek. – Barek jest do waszej dyspozycji, jeśli chce wam się pić. W kuchni stoją tace z owocami, serem, wędzonym łososiem i krakersami, takie tam śmiecie.
Żadna nie uczyniła kroku w stronę wahadłowych drzwi.
– To miejsce przyprawia mnie o dreszcze – oświadczyła Tessa, patrząc na wykładane boazerią ściany, teraz pozbawione wszelkich ozdób. Znikły prace matki, które zdobiły każdy zakamarek domu, gdy dziewczynki były małe. Głowy dzikich zwierząt: kuguara, bizona, antylopy, wilka i niedźwiedzia, dawnymi czasy dumnie wyeksponowane, zapewne zostały wyniesione na strych albo sprzedane. Żaden groźny zwierz nie spoglądał już złowieszczo szklanymi oczami z tych starych ścian.
