Hrabina rozglądała się po cichej i starej sali angielskiego zajazdu, tchnącego bezpieczeństwem spokojnego kraju o prawdziwej wolności, religijnej i społecznej. Następnie zamknęła oczy, aby oddalić wciąż powracający obraz przerażonego tłumu przy bramie zachodniej, gdy stara wiedźma wspomniała o dżumie. Ukryta na spodzie wozu, w każdej chwili spodziewała się, że ją poznają, zawloką wraz z dziećmi przed sąd i na stracenie. Ci młodzi Anglicy pod rozkazami odważnego i tajemniczego wodza narażali życie, aby ratować ich wszystkich, jak wyratowali już kilkudziesięciu innych niewinnych ludzi. I to wszystko dla sportu. Nigdy! Oczy Zuzanny, szukające spojrzenia sir Andrewa, zapewniały go, że ma niezachwianą pewność, że on, właśnie on, ratował bliźnich dla wyższych pobudek.

– Ilu was jest w tej szlachetnej lidze? – zapytała nieśmiało.

– Dwudziestu – odrzekł. -Jeden rozkazuje, a dziewiętnastu słucha. Wszyscy jesteśmy Anglikami i wszyscy służymy tej samej sprawie: słuchać wodza i ratować niewinnych.

– Oby Bóg otaczał was swoją opieką, panowie! – rzekła gorąco hrabina.

– Pani! do tej chwili Bóg nam pomagał.

– To rzecz wprost zdumiewająca! Jesteście wszyscy tacy odważni, tacy pełni poświęcenia dla bliźnich, będąc przecież Anglikami, a we Francji nie ma nic prócz zdrady i to w imię wolności i braterstwa!

– Kobiety francuskie są jeszcze bardziej wrogo usposobione do nas, arystokratów, niż mężczyźni -rzekł z westchnieniem wicehrabia.

– Ach! tak – potwierdziła hrabina, a w oczach jej odbił się wyraz najwyższej pogardy i goryczy. – Na przykład taka kobieta, jak Małgorzata St. Just. To ona zdradziła margrabiego de St. Cyra i całą jego rodzinę przed trybunałem rewolucyjnym.



26 из 214