
O’Mara ponownie pokiwał głową, tym razem z ulgą. Lubił, gdy pacjenci przychodzili do niego z gotowym rozwiązaniem swego problemu.
— To oczywiście mogę zrobić — odparł. — Najpierw jednak poproszę Cha Thrat, aby porozmawiała z pańską kłopotliwą podopieczną. Jeśli ja to zrobię, będę musiał sporządzić oficjalną notatkę, która znajdzie się w aktach stażystki. Poza tym Cha Thrat też jest istotą rodzaju żeńskiego i na dodatek jedyną Sommaradvanką w całym Szpitalu, co powinno uczynić ją bardziej wiarygodną. Poradzimy sobie.
W Szpitalu nie zwracano zwykle większej uwagi na płeć pracowników, co chroniło przed wieloma nieporozumieniami, częstymi w pierwszym okresie działalności. Mało kto potrafił na pierwszy rzut oka rozróżnić płeć istot innego gatunku. Na dodatek niektóre rasy były nie dwu-, ale wielopłciowe, co dodatkowo mogło przyczynić komplikacji. Niemniej w tym wypadku dobrze było wziąć rzecz pod uwagę.
Poradziwszy sobie z problemem, O’Mara uznał za właściwe powrócić do swojej standardowej roli. Nie chciał sugerować w żaden sposób, jakoby charakter mu złagodniał.
— Czy jeszcze coś pana niepokoi, doktorze? — spytał oschle, z nutą niecierpliwości w głosie.
— Nie — odparł misiowaty, ześlizgując się z siedziska i stając obok. — Chciałbym tylko pogratulować nowego stanowiska. Zasłużył pan na nie.
O’Mara przechylił lekko głowę.
— Na tym nowym stanowisku mogę zadbać, aby Korpus nie przenosił nigdzie pańskiej Warnach-Lut — powiedział wiedziony nagłym impulsem. — Zostanie na stałe w Szpitalu, jeśli oboje tego pragniecie. Ostatecznie, co komu po władzy, której nie można nadużyć — dodał z uśmiechem.
