Cresk-Sar szczeknął kilka razy, wyrzucając z siebie wyrazy wdzięczności, i wybiegł z gabinetu, jakby miał komuś coś bardzo ważnego do przekazania. O’Mara westchnął głęboko.

Był trochę zły na siebie. Uważaj, powiedział sobie w duchu. Bez dwóch zdań łagodniejesz.

Potem połączył się z biurem i poczekał, aż Braithwaite odpowie.

— Wszyscy troje do mnie. Natychmiast.

ROZDZIAŁ TRZECI

Weszli w kolejności odwrotnej, niż wynikałoby to ze starszeństwa. Pierwszy pojawił się były tarlański kapitan i lekarz wojskowy Lioren, obecnie zwany Ojczulkiem. Za nim weszła Sommaradvanka Cha Thrat, niegdyś chirurg wojownik. Pochód zamykał Braithwaite, pierwszy asystent O’Mary. Naczelny psycholog wskazał na stojącą przed jego biurkiem kolekcję sprzętów.

— Trochę to potrwa — powiedział. — Siadajcie, proszę.

Braithwaite miał to szczęście, że znajdowało się tu chociaż jedno ludzkie krzesło.

Pozostali musieli improwizować, ponieważ w chwili urządzania gabinetu ich rasy nie były jeszcze znane Federacji, a dział utrzymania nijak nie był skłonny wpisać zapotrzebowania na nowe siedziska na listę priorytetów. Chociaż, oczywiście, nie tracił problemu z pola widzenia i należało oczekiwać, że prędzej czy później go rozwiąże.

O’Mara siedział z opuszczoną głową, udając, że patrzy na swoje wielkie dłonie, które spoczywały nieruchomo na blacie biurka. W rzeczywistości zerkał na podwładnych, czekając, aż znajdą sobie jakieś miejsca i przestaną się wiercić. Wszyscy byli w jakiś sposób odmienni od pozostałych przedstawicieli swoich ras, wszyscy doświadczyli w życiu mniejszych czy większych problemów ze swoją osobą. Bez wątpienia czyniło ich to szczególnie predysponowanymi do pracy w jego dziale, nawet jeśli nikt nie wymagał oficjalnie od kandydatów, aby mogli wykazać się udokumentowanymi epizodami braku równowagi psychicznej. Dzisiaj jednak było to szczególnie ważne.



16 из 253