
Braithwaite wyglądał na odprężonego i pewnego siebie. Nawet rozparty w fotelu prezentował się wręcz nienagannie. W razie przeglądu, stan jego munduru nie wzbudziłby najmniejszych zastrzeżeń nawet u najbardziej służbiście nastawionego admirała.
Cha Thrat należała do istot o fizjologicznej klasyfikacji DCNF, z dużym stożkowym tułowiem osadzonym na czterech krótkich nogach. Kolejne cztery kończyny wyrastały w połowie korpusu, jeszcze cztery, tyle że smuklejsze i zakończone sprawniejszymi palcami, sterczały na poziomie ramion. Lioren przypominał ją z grubsza, tyle że wszystkie kończyny miał dłuższe i mniej muskularne. Był to analogiczny stopień podobieństwa do tego między koniem a żyrafą.
O’Mara uniósł dłoń.
— Chciałbym porozmawiać pokrótce o skutkach mojego awansu dla dalszej pracy naszego działu, a szczególnie o koniecznych zmianach, jeśli chodzi o zakres waszych obowiązków — powiedział. — Oczekuję, że będziecie się odzywać, nawet przerywając mi czasem, jeśli tylko przyjdzie wam coś naprawdę istotnego do głowy. Najpierw jednak chcę powiedzieć parę słów na wasz temat.
Odczekał kilka sekund, aż poruszeni słuchacze znowu się uspokoją.
— Wiem, że wszyscy naruszyliście zakaz sprawdzania profili osobowościowych swoich współpracowników, zatem to, co powiem, nie powinno być dla was zaskoczeniem. Jeśli będzie, to trudno. Wedle starszeństwa służby i sumy doświadczeń, zacznę od Braithwaite’a.
Porucznik nie poruszył się w fotelu, ale mimo to można było odnieść wrażenie, jakby stanął na baczność.
— Potrafi pan sprawnie ułożyć swoje relacje z resztą personelu i wszystkimi innymi istotami, niezależnie od gatunku. Bez trudu radzi pan sobie z rutynowymi i wszelkimi innymi obowiązkami. Gdy trzeba okazać współczucie, jest pan do niego zdolny. Gdy wskazane jest zdecydowanie, potrafi pan się na nie zdobyć w stopniu koniecznym do rozwiązania problemu osoby, która się do pana zgłasza.
