
Nigdy nie traci pan przy tym panowania nad sobą. Do obecnego przełożonego odnosi się pan z szacunkiem, ale bez służalczości. Uprzejmie, ale zdecydowanie sprzeciwia się pan wszelkim próbom wykorzystywania. Jako mój asystent jest pan bliski ideału: inteligentny, wydajny w pracy, oddany swoim obowiązkom i zdolny do szybkiej adaptacji. Na dodatek nie narzeka pan i wydaje się całkiem pozbawiony własnych ambicji. Chociaż zdobył pan w Szpitalu wykształcenie medyczne, nie chciał pan przystąpić do egzaminu Korpusu na lekarza wojskowego. Znalazł pan sobie w tym dziale wygodną niszę i nie chce ruszać się nigdzie ani robić niczego innego. Odmówił pan nawet przyjęcia awansu na majora i objęcia stanowiska poza Szpitalem. Jednak dość komplementów, poruczniku. Na pierwszy rzut oka jest pan tak dobrze przystosowany, że aż strach. Jedyną pańską wadą jest tchórzostwo. Chce pan tu pozostać jako zaufany zastępca szefa i korzystać z władzy i różnych innych przewag, które daje ta pozycja. Boi się pan jednak odpowiedzialności związanej z ewentualnym objęciem stanowiska kierowniczego.
Braithwaite przytaknął, nie zmieniając przy tym ani trochę wyrazu twarzy. Znał prawdę o sobie i nie zamierzał jej zaprzeczać. O’Mara spojrzał na Cha Thrat.
— W odróżnieniu od porucznika, pani nie boi się niczego. Na swoim świecie była pani jednym z najlepszych chirurgów wojowników. Podjęła się pani leczenia pacjenta, który należał do całkiem nieznanego u was gatunku, i uratowała pani w ten sposób życie dowódcy ekipy kontaktowej. Potem została pani skierowana do Szpitala, chociaż wynikało to bardziej z wdzięczności zespołu kontaktowego, który chciał wyświadczyć uprzejmość władzom pani planety. Zwłaszcza że pierwszy kontakt nie przebiegł najlepiej. Obiekcje ze strony Szpitala nie zostały wzięte pod uwagę, ale też była to decyzja bardziej polityczna niż dyktowana względami medycznymi. Pani umiejętności jako chirurga nie były kwestionowane, jednak pani szczególne, wywodzące się z Sommaradvy zasady etyczne budziły spore zastrzeżenia.