
Nagle O’Mara przypomniał to sobie ze wszystkimi detalami. Nawet zapach podobno bezwonnej farby, który unosił się w powietrzu, i dokuczliwy odgłos pracy świdra, który milkł tylko na chwilę, aby znowu podjąć wycie. Major co rusz klął nań pod nosem. Sam O’Mara był zdenerwowany. Chociaż może sprawił to obciążający żołądek, szybko pochłonięty chwilę temu posiłek.
— Musi pan pamiętać, O’Mara, że pańska postawa i oblicze nie wzbudzają zaufania — powiedział nie po raz pierwszy Craythorne. — Obaj wiemy, że dysponuje pan bardzo sprawnym umysłem, ale trudno dopatrzyć się w pańskiej twarzy intelektualnej głębi. Odniósł pan już sukcesy w pomaganiu dręczonym różnymi problemami obcym i niewątpliwie potrafi pan być skuteczny, jednak na oko trudno się tego domyślić. Pańska maska sprawia, że biedny pacjent nie jest w stanie zorientować się, jak głęboko pan go sonduje ani jak bardzo pan nim manipuluje. Chyba nigdy nie próbował pan być nieszczerze uprzejmy?
O’Mara westchnął z irytacją, zrobił to jednak tak dyskretnie, aby major niczego nie zauważył.
— Zna pan takie ziemskie powiedzenie, sir, że i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu?
Chyba nie odpowiadałaby mi atmosfera uprzejmej obłudy, sir. Tak osobiście, jak i w pracy.
Craythorne pokiwał w milczeniu głową, ale trudno było orzec, czy zgadza się z rozmówcą, czy tylko rozważa jego słowa. Może zresztą jedno i drugie.
— Zapomnijmy o tym nad razie. Pańskim obecnym zadaniem będzie opieka nad grupą Kelgian. To istoty, wobec których uprzejme albo nieszczere zachowanie jest czystym marnowaniem czasu. Nie znają nawet żadnego z tych pojęć. Poczuje się pan z nimi jak w domu. Czy miał pan już wcześniej kontakt z Kelgianami?
O’Mara pokręcił głową.
— Gdybym miał czas, aby trochę panu o nich opowiedzieć, nie uwierzyłby mi pan.
Szczęśliwie nie mam akurat tyle czasu — dodał z uśmiechem major. — Przylatują za dwie godziny. Proszę poczytać o nich wcześniej, korzystając z komputera bibliotecznego…
